środa, 29 grudnia 2010

Święta, święta...

Gdyby nie Syn, to te Święta przemknęłyby całkiem niezauważone. Tylko dla Syna lataliśmy w Wigilię za ostatnią z ostatnich choinką. Wymarzyłam sobie jodłę kaukaską, ale należy ją kupować co najmniej jeden dzień przed Wigilią. W samą Wigilię szczęściem jest w ogóle trafić jakąkolwiek choinkę, która wygląda. Kupiliśmy świerk, ok. 150 cm wysoki, całkiem przystojny, za 70 zł. Lekko skrzywia na lewo, codziennie musimy regulować, bo koniecznie chce się przytulić do ściany. A że Święta spędziliśmy wyjazdowo, to właściwie - poza prezentem dla Syna - był to nasz jedyny wydatek.
Po przywiezieniu drzewka zabrałam się za ubieranie. Kompletnie obrażona na cały świat, bo przecież choinka nie taka, auto popsute, śniegu nie ma, i same problemy tylko z tymi świętami. Po zawieszeniu światełek i pierwszych bombek zupełnie mi przeszło. Po chwili miałam super pomocnika - Tomek bardzo się zaangażował w wieszanie ozdób. Szybko przyswoił sobie zasady, choć nie uniknął wieszania takich samych bombek obok siebie. Nie narzekał na kłujące igiełki, nic nie stłukł, dzielnie wieszał ozdoby jak tylko wysoko dosięgnął, i całkiem nisko też. A świerk pachniał i koił nerwy.
Na końcu powiesiliśmy ciasteczka imbirowe. Na ich zrobienie poświęciliśmy całą poprzednią sobotę. Aga zrobiła ciasto imbirowe; powycinaliśmy kształty: domki, choinki, kółka, grzybki, nawet zajączki, ale żaden nie przetrwał w całości, bo im się uszy pourywały ;) Potem Aga upiekła je w piekarniku, i mogliśmy zabrać się za zdobienie. Kolorowe lukry, pędzle, perełki i cukiereczki - Tomek oczywiście brał bardzo aktywny udział. A jak mu szło wałkowanie!
- Jak będę dorosły to zostanę kucharzem, mamo!
- A nie perkusistą?

- Mamo, będę kucharzem i perkusistą, kucharz może też grać na perkusji!


Kolacja Wigilijna u teściowej. Z mojej strony - duże kulinarne poświęcenie. Ja wyrosłam w tradycji modlitwy przed kolacją, barszczu z farfoclami, uszek, pierogów kartoflaków i kapuśniaków, smażonego karpia i kutii. To wszystko co zwykle babcia podaje na kolację, ale bez tego trudno jest mi sobie wyobrazić Wigilię. No i opłatek, z wiecznymi życzeniami dziecka, dobrej pracy, pieniędzy.
Misiek, szczerze mówiąc, nie wiem czy kojarzy Wigilię z jakimkolwiek stałym elementem, oprócz kłótni. Natomiast kulinarnie: śledzie. Moja babcia z kolei nie jada śledzi, a karp w galarecie to już fanaberia. U teściowej zaczęliśmy od opłatka. Potem sałatka śledziowa i śledzie w czubricy (nowość), panga w jarzynach (po grecku), panga w panierce i różne ryby w galarecie, nawet kawałek karpia się tam dostał. Na koniec barszcz z uszkami (kompletnie inny smak niż w mojej rodzinie), krokietom już powiedzieliśmy nie, a jeszcze zwieńczeniem było ciasto.
Dużo było jedzenia. Powymienialiśmy drobne prezenty, i czas do domu. Ale oczywiście wcale nie do domu, tylko do brata, który w tym roku, po raz pierwszy w nowym mieszkaniu, robił z żoną kolację wigilijną, na którą zaprosili swoje mamy. Bardzo żałuję, że po kolacji u teściowej nie dałam rady spróbować ich wiktuałów. Zmieściłam tylko odrobinę klusek z makiem - bardzo smaczne, u nas się nie robi, i kawałka ciasta Magdy wypieku. W tym roku nie załapałam się na smażonego karpia ani kartoflaki, a barszcz z babcinymi uszkami dostałam cudem.
A ja to się co roku tylko nagadam o tym jedzeniu, ale sama to nic nie zrobiłam od lat :) Raz tylko kiedyś z Miśkiem, jeszcze mieszkając u mamy, robiliśmy jakąś galaretę z dorsza i jakąś pieczoną rybę, może jeszcze keksa. Jak padnie na mnie robienie Wigilii, to się skończy chyba kupowaniem garmażerki... W życiu nie zrobiłam samodzielnie pierogów. Usmażę karpia a Misiek zrobi kutię - ma już wprawę, w Szkocji zrobił i smacznie się udała.

Tak się zastanawiam, jaki sens mają dla nas święta? Bez wiary, bez kościoła, bez tradycyjnych przesądów i wróżb? Bez tych wszystkich zaklęć, sianka pod obrusem? Skończy się jak w Japonii - tradycyjny świąteczny obiad z KFC? Dziecko mi dzisiaj zadało pytanie: dlaczego jeszcze mamy choinkę, skoro już były prezenty? Mam nadzieję, że z czasem, z wiekiem, przyjdzie czas na objaśnienie symboli świąt. Bez podłączenia do religii będzie to trochę skomplikowane, ale postaramy się.
A pod choinką była perkusja. Jutro przychodzi Pan Nauczyciel, żebyśmy się poznali i zdecydowali o trybie nauczania. Będą lekcje perkusji od stycznia.

A świerk stoi w kącie i pachnie...

wtorek, 21 grudnia 2010

Zdradzać?

Motto: Koncert miał dziwnie nieskładne brzmienie: wpierw grały zmysły, potem sumienie.
— Jan Izydor Sztaudynger

Ostatnio w gronie znajomych często pojawia się temat zdrady. A to jeden się rozwiódł, bo go żona zdradzała, a to wróżka wywróżyła niebezpieczną blondynę zasadzającą się na męża, a to "nie ma takiej możliwości, nie wyobrażam sobie".
No to jak to jest? Czy zdrada jest łatwa do popełnienia? Czy jak się już ją popełni, to życie jest gorsze czy lepsze? ciekawsze czy straszniejsze? Czy popełnia się ją z nudów, zemsty, pragnienia zmiany, udowodnienia sobie czegoś?
Na portalu nauka.wp.pl znalazłam ciekawy artykuł, pozwolę sobie go trochę zacytować:
"Psycholodzy ewolucyjni twierdzą, że mężczyźni i kobiety w zupełnie inny sposób pojmują zdradę. Mężczyźni odczuwają wyrzuty sumienia, gdy są niewierni seksualnie, natomiast kobiety wtedy, gdy dokonują zdrady emocjonalnie. Takie wnioski płyną z badań przeprowadzonych w Toronto (...) Z odpowiedzi zbadanych osób jednoznacznie wyłoniła się znacząca różnica między płciami. Mężczyźni w znacznie większym stopniu niż kobiety deklarowali odczuwanie wyrzutów sumienia po zdradzie fizycznej. Seks pozbawiony uczuć w ich oczach był najgorszym rodzajem zdrady.

Kobiety natomiast uważały, że odczuwałyby gorsze samopoczucie po emocjonalnej zdradzie partnera. Zakochanie się w innej osobie byłoby dla nich źródłem największych wyrzutów sumienia, znacznie większych, niż sam seks z kimś innym, niż ich partner".
Czyli są dwa rodzaje zdrady: emocjonalna i seksualna. W kategorii seksualnej mieści się "to był tylko seks, kochanie, to nic nie znaczyło". Sam akt seksualny jako czynność fizjologiczna. Hedonizm. Coś jak podrapanie się w nieznośnie swędzące miejsce. Albo kupienie sobie idiotycznie drogich butów czy torebki. Głupie, impulsywne, nieprzemyślane działanie, które zaspokaja na chwilę.
Obok niej funkcjonuje zdrada emocjonalna. Zaspokojenie głodu uczuciowego, jeśli na co dzień tych uczuć nie dostajemy wystarczająco dużo. Kiedy w związku jest chłód, brak więzi, nic tylko kierat i rutyna. Wtedy szukamy tych brakujących emocji, podłączamy je do siebie jak kroplówkę, i życie staje się lepsze.
Czy któraś z nich jest łatwiejsza do popełnienia? A do wybaczenia? Czy widzisz siebie w którejś z tych sytuacji?
Statystycznie mój mąż nie wybaczyłby mi tej seksualnej, ale łatwiej byłoby z emocjonalną. Dlatego, że akt prokreacji uznaje za zagrożenie dla przedłużenia jego rodu. Pal diabli emocje, faceci się na nich nie znają, statystycznie. Tymczasem statystyczna ja wybaczam mężowi "tylko seks", ale zakochanie? o nie!

Nie wiem, jak Misiek, ale ja się zasadniczo z tym zgodzę. Jestem w stanie zrozumieć popęd, czysty seks, chwilową słabość. A gdyby się zakochał? Nie zawrócisz kijem Wisły, nie? Ale nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
To tak fajnie brzmi w teorii, ale każda zdrada to ogrom emocji, po obu stronach. Kłamstwa, tajemnice, utrata zaufania. Ból związany z poczuciem odrzucenia. Walizki za drzwiami. Ostracyzm wśród znajomych. Są też bardziej przyziemne zagrożenia: choroby, ciąże. Wszyscy wiemy, że nie ma 100% skutecznej metody antykoncepcyjnej, prawda? A gdyby ciąża była wynikiem tej właśnie chwili słabości? Jednorazowej przygody, może nawet przypadkowej i anonimowej? W takiej sytuacji nie umiem się postawić, i wcale nie chcę.
Podsumowując: pośród mojej rodziny, przyjaciół, znajomych nie znam nikogo, kto dopuściłby się zdrady. Czy to znaczy że nikt jej rzeczywiście nie popełnił czy po prostu o tym nie mówi, trzyma w tajemnicy?

Dużo pytań dziś postawiłam i zachęcam każdego, żeby sam sobie na nie odpowiedział.
A tu cytowany artykuł http://nauka.wp.pl/title,Wszystko-co-naukowcy-wiedza-o-zdradzie,wid,11906643,wiadomosc.html