poniedziałek, 27 września 2010

Najtrudniejsza pora dnia.

Najgorsze są wieczory. I weekendy. Ale w tygodniu wieczory są najtrudniejsze. Nie dość, że wtedy najbardziej dokucza samotność, brak osoby żeby się wygadać, poklepać po pupie, przytulić, pocałować, to jeszcze Syn dokłada swoją łyżkę dziegciu - przez to, że nie sypia w dzień, po 18:00 zamienia się w potwora.
Pod koniec tygodnia kładzie się spać nawet przed 19:00, bo nie da się z nim wytrzymać. No i niestety, nie czuje jeszcze weekendów, więc wstaje wtedy 6:00-7:00, no bo "carpe diem", nie matka?
Całe szczęście, że mam mamę, i jak potrzebuję, to zawsze mogę się pozbyć zmrola, chociaż na parę godzin.
Ciężko nam, tylko we dwoje. Niedługo spędzimy 8 dni we troje. Co prawda Misiek już jest zewsząd zabukowany, ale zawsze to będzie pod ręką.

wtorek, 21 września 2010

Ale fajną mam pracę...

Serio. Podoba mi się. Zespół - super. Szef - zalatany, jak to szef. Roboty dużo, nie ma czasu zjeść porządnie a co dopiero się nudzić. Widzę, że po Monachium szef mi trochę jakby bardziej ufa i zaczyna powierzać zadania cięższego kalibru niż dotychczas. Super :)
Dzisiaj naskładało mi się tyle papierów, że miałam problem z domknięciem szafki. Do końca tygodnia będę z tego wychodzić.
Super!
A w domu sobie pośpiewaliśmy... o ho ho, tak sobie pośpiewaliśmy.
I już kaloryferki grzeją :)

poniedziałek, 20 września 2010

reszta Monachium

Żeby już nie wdawać się w szczegóły kilka słów o reszcie pobytu.
Hotel - nic ciekawego. Dostaliśmy pokoje dla palących, więc przesiąknięte dymem. Śniadania codziennie takie same, jajecznica wyglądała okropnie, mocno wysmażona, do tego można było zjeść jajko "na miękko" lub plastry bekonu mocno przysmażone, lub... pulpety z mięsa mielonego. Serio! na śniadanie! Brak majonezu do jajek. Duży wybór fajnych herbat, soki, woda, kawa. Jogurt i mleko, płatki, owoce. Dobre i różne pieczywo. Na zimno średnie wędliny, żółty ser, ser pleśniowy. Powiedzmy, że dało się zjeść, ale nie żeby jakoś szczególnie miło je wspominać.
Wieczorem obsługa w barze - to już znam tylko z opowiadań - słaba. Kelner przez pół godziny szukał cytryny do drinka, w końcu znalazł pomarańczę i myślał, że się uda, skończyło się na limonce.
Ekipa - super. Cały czas fajnie, miło, a że byłam jedyną kobietą i każdy po trochu był dla mnie miły, to nie mogę narzekać. W konkurencji dbania o mnie wygrali Włosi - żebym czasem nie miała za dużo zmywania pili ciągle z tych samych naczyń, tak samo jak i Kolega Kamil. Papa Włoch zabierał mnie na kawę i lunch, żebym nie chodziła sama. Litwin milczek, Kamil zapracowany, z Włochami można pogadać o wszystkim i w każdym języku. Imponujące. No i jeszcze posiadają jakby samorzutnie wiedzę o winach, kawach i dobrym jedzeniu. Pewnie o wszystkim innym też, chociaż nie wdawałam się w szczegóły :)
Po sąsiedzku mieliśmy stoisko polskie, ale nie zaprzyjaźniłam się. Tam była kobieta. Taka zimna blondyna w garniturze. A naprzeciwko mieli stoisko holenderskiej firmy, którzy przywieźli ze sobą morze Heinekena.
No, szczerze, bomba. Jeszcze jak Polacy podrzucili resztkę swoich koreczków z polską kiełbasą... Tak. Środa była fajna.
No to skoro nam tak dobrze poszła integracja, na drugi dzień zaprosiliśmy nowych kolegów na spacer po Monachium. Dla nas była to ostatnia możliwość, skoro w piątek wyjeżdżaliśmy. A jeden z nich był Niemcem o tyle miłym, że zaoferował się pokazać na niemiecką gościnność. Niewiele z tego wyszło, oprócz pysznej kolacji, którą zjedliśmy w składzie: szef, syn Włoch, Anglik, Kamil i ja. Potem trafiliśmy do miejsca, które nam polecił ten Niemiec. Hofbrauhaus, zwany dalej bierhale (bo prawdziwej nazwy ani nie umiem zapamiętać, ani wymówić), czyli pseudoniemiecki cyrk dla turystów. Jedyny duży stolik znaleźliśmy na wielkim patio, pod kasztanowcem, a było strasznie zimno. U mnie postępujący katar + zimne piwo? o nie. Siedziałam więc i się śmiałam, było dużo zabawy, internacjonalnie, tak jak lubię. U tzw. Holendrów było też 2 Polaków, ale, sorry, z Polakami to ja sobie mogę w Polsce rozmawiać, zwłaszcza że byli niegrzeczni i chcieli rozmawiać po polsku. Tak więc jednego wieczoru mogłam sobie porozmawiać i się pośmiać z Niemcami, Holendrami, Anglikiem, Włochem i Polakami. A kelner był jakimś Chińczykiem (wg szefa "Niemiec z kontenera w Hamburgu"). No i tak. Po wielu przygodach, o których nie mogę wspomnieć, bo - jak powiedział Holender - "what happens in Munich stays in Munich", w hotelu byliśmy w okolicach 3 nad ranem. Nie było takiej siły, która zmusiłaby mnie do pobudki o 7:00 rano. Koledzy dali mi pospać do 8:00, na targach byliśmy koło 9:30, a te holendry zakichane były tam już od 2 godzin. Trening czyni miszcza, nie?
Zaczęliśmy zbierać rzeczy koło 13-14, z targów wyszliśmy o 15:00 i przed północą byłam w domu. A potem, po tym kompletnie niedospanym tygodniu, Tomek obudził mnie o 7:30. Reality bites.

niedziela, 19 września 2010

Monachium II

W poniedziałek od rana miałam poszukać dla nas jakichś przyzwoitych noclegów. Przyzwoitych, czyli niezbyt drogich i blisko Westerna, skąd mieliśmy kogośtam zabierać autem.
Cóż po moim zapale do pracy, kiedy narzędzi brakło? Internet na stoisku mieliśmy dopiero po południu, więc poszukiwania spadły na zapracowaną i bez tego Martę. Marta szukała od rana i znalazła nam pokoje... w tym samym Best Westernie. To już szefa ostro wkurzyło, sami rozumiecie - wczoraj nie było a dzisiaj nagle są!
Dzień upłynął nam na przygotowywaniu stoiska - podłączyliśmy expres do kawy, rozpakowaliśmy naczynia, porozkładaliśmy foldery. Powoli opanowaliśmy sytuację.
Nie wiem która to była godzina, kiedy dostałam zadanie: odebrać Włochów z wejścia dla zwiedzających. Nie mogli wejść, bo my mieliśmy dla nich wejściówki (nikt nie pomyślał, żeby im wcześniej wysłać, chociażby z innymi dokumentami). Oczywiście nie dogadaliśmy się co do tego, które to wejście, i musiałam przejść 2 miliony hektarów aż ich znalazłam. Papa Włoch wkurw... na maksa, syn bez specjalnych emocji. Wróciliśmy przez wszystkie hale do naszego stoiska, Papa puszczał parę uszami, więc gdy zaprosił mnie na kawę, bałam się odmówić :) Nie, żartuję, w końcu nie na mnie się złościł, tylko na szefa. Przy kawie (6,60 euro za 2 kawy) wypytał mnie o moją historię i stan posiadania. Trochę mu spadło ciśnienie. Denerwowałam się przed spotkaniem z Papą, w końcu to szef szefa, capo di tutti cappi. Nie było powodu, bo złapaliśmy wspólny język bardzo szybko, zwłaszcza gdy się wydało, że trochę mówię po francusku.
Znajomość języków obcych u Papy imponująca - włoski, angielski, francuski, hiszpański... Jego syn jeszcze opanował niemiecki. Słowem się przy nich strach odezwać, bo nigdy nie wiadomo czy przypadkiem nie zrozumieją.
Towarzyszył nam też kolega z Litwy, z którym porozumiewaliśmy się po angielsku. Not much for a talker, no, chyba że po kilku piwach - zaczynał się wtedy rozkręcać.

Jedzenie na terenie targów - poracha. Drugiego dnia trudny wybór między parówką z bułką a mortadelą z kartofelsalad zmusił mnie do wypróbowania niemieckiej wersji spaghetti. Włoch dzielnie mi towarzyszył przy tym posiłku i powstrzymał się od krytyki. Danie ani nie wyglądało ani nie smakowało dobrze. Porządnie zjedliśmy dopiero w środę wieczorem - w hotelu, gdzie mieszkał Litwin, czyli Olymp sieci Golden Tulip. Co za wspaniała kolacja! I obsługa w całości znała angielski, nie to co w naszym hotelu.

Ale w poniedziałek czekało nas jeszcze spotkanie z recepcją w hotelu Best Western w Neufarn. Pani była inna, a tej która nas odprawiła z kwitkiem w niedzielną noc, nie zobaczyliśmy już więcej. Szef zastosował metody socjotechniczne i... śniadania były  gratis. W końcu mogliśmy rozpakować bagaże, ja wszystko przeprasowałam swoim żelazkiem turystycznym, i było gites. Z powodu nieustających kłopotów przemianowaliśmy nasz hotel na Worst Western, i znalazł się na liście NIGDY obok hoteli Etap.
Po rozpakowaniu bagaży wybraliśmy się na wielce rozczarowującą kolację do hotelowej restauracji. Jedyne, co mieli smacznego, to piwo. Kelner nie mówił po angielsku, ale rozumiał prawie wszystko, my z kolei staraliśmy się zrozumieć jego angielski. Kupa śmiechu normalnie. Z godzinę czekaliśmy od posadzenia tyłków przy stoliku do podania dań. Wybór był prawie tak samo bogaty, jak w targowych barach. Efekt był taki, że zamiast położyć się spać wcześniej, po przygodach poprzedniego dnia, osobiście ległam w okolicach północy, zostawiwszy kolegów nad kolejnymi piwami.
Jak się później okazało, nie dane nam było skorzystać ze snu dłużej, wręcz każda noc była krótsza. Ale o tem potem.

sobota, 18 września 2010

Monachium.

Od czego by tu zacząć? Może od faktów. 1,5 tygodnia temu szef, poprzez innego pracownika, zapytał mnie czy mogłabym pojechać z nim i dyrektorem produkcji na targi w Monachium.
Czasu do namysłu miałam mało, bo zapytanie było w środę a wyjazd w niedzielę. Mama zgodziła się zająć Tomkiem przez tydzień, więc zgodziłam się na wyjazd. W sumie, zdążyłam się już nacieszyć, że przez tydzień nie będzie szefa, a wiadomo: kota nie ma, myszy harcują. A tu dla odmiany byłam przyklejona do szefa niemal jak rzep. Na szczęście szef ma bardzo ludzkie oblicze i nie było żadnej sztywnej atmosfery w jego obliczu.
Kolejnym miły akcentem było otrzymanie gotówki na zakup "odzieży służbowej". Tekst był taki: "przecież nie może Pani wyglądać jak kopciuszek". Okazało się, że oni już zaopatrzyli się w odpowiednią garderobę, czyli po 5 białych koszul. Poświęciłam na te zakupy całą sobotę, aż do zamknięcia Magnolii. W życiu bym nie podejrzewała, że będę mieć takie problemy z wydaniem 800 zł! Mamma mia! Przez 4 pierwsze godziny chodziłam po sklepach i nie mogłam się na nic zdecydować. Ale jak już skasowałam pierwszą spódnicę, dalej poszło jak wodospad. Najgorzej było z butami - wiadomo, jak się idzie na imprezę w nowych butach, to się nie może dobrze skończyć. I tak, niestety, było i w tym przypadku. Niby buty na niskim, prawie płaskim obcasie, ale niewygodne jak szlag. Jeszcze mam zdeformowane stopy po nich. (Przy okazji: nie kupujcie w Boot Square - dzisiaj przy mnie 2 kobity składały reklamację).
Następnego dnia, około 10:00 rano, wysłałam szefowi adres, skąd ma mnie zabrać. Ode mnie mieliśmy jeszcze jechać po kolegę do Środy Śląskiej. Plan był taki, że wyjedziemy koło południa, na miejscu będziemy 17-18, cacyk. Niestety, to był tylko bardzo niewyraźny szkic. Okazało się, że szef miał dzień wcześniej hardkorową imprezę, godzina wyjazdu przesuwała się, aż ostatecznie stanęło na 16:30. Ode mnie. Jeszcze przystanek w Środzie. Dzięki błogosławieństwu niemieckich autostrad na miejscu, czyli w hotelu Best Western w Neufarn, byliśmy koło 22:30. Szkoda tylko, że nasza rezerwacja anulowała się automatycznie z wybiciem godziny 18:00.
Nie, nie, skądże, to nie wina szefa, tylko osoby, która rezerwowała hotel. Trzeba było albo zaznaczyć odpowiednie pole w momencie rezerwacji (przy pytaniu czy ma być aktualna po 18:00) albo wysłać numer karty kredytowej mailem, w celu potwierdzenia rezerwacji.
Tak więc staliśmy jak te debile w hotelowej recepcji, kolega, który prowadził auto ledwo zipał po 6 godzinach jazdy, szef się gotował, a ja się przyglądałam, bo cóż innego. Nasze pokoje poszły na pniu z powodu targów - last minute kosztuje 2 razy tyle, co rezerwacja z wyprzedzeniem. Pani w recepcji, po wysłuchaniu tyrady szefa jacy to oni są wredni i nieodpowiedzialni, zadzwoniła to jakiegoś sąsiedniego hotelu i załatwiła nam jedynkę i dwójkę. W Best Western od razu, zapobiegawczo zostawiliśmy numer karty kredytowej, w celu potwierdzenia pozostałych 2 rezerwacji, dla reszty kolegów. I pojechaliśmy do Gasthauzu, którego nazwy nawet nie potrafimy powtórzyć, ale szczęśliwie był 2 minuty drogi stamtąd. Mogliśmy się więc w końcu położyć i odpocząć. Bez kolacji, bez możliwości rozpakowania bagaży i zadbania o te wszystkie ciuchy, wymagające wyprasowania i powieszenia.
Na szczęście panowie wieźli koszule w pokrowcach, rozwieszone, a ja miałam na podorędziu jedną kieckę nie wymagającą prasowania.
Początkowo plan był taki, że jeszcze pojedziemy na targi i zostawimy ekspres do kawy, filiżanki, napoje, itp. No ale w tej sytuacji nie mieliśmy już ani czasu, ani siły na takie wycieczki. Czy wspominałam, że całą drogę siedziałam z tyłu (to akurat chciałam) wtulona między nasze walizki i koszule panów? Bagażnik pełen był właśnie soków, szklanek, filiżanek i słonych orzeszków. Luksusy, nie? Dobrze, że auto szybkie, niemieckie i komfortowe - audi A4.
Podsumowując: ciuchy w walizkach, targi od jutra startują od 9:00 rano, a my jesteśmy bezdomni. Co dalej?
O tym następnym postem :)

wtorek, 7 września 2010

Przerwa w dostawie energii.

No myślałby kto. To ja tu śpię na forsie ciężko przez męża zarobionej, a tu rachunki nie popłacone? I w dodatku jak się o tym dowiaduję? Post factum, czyli, brutalnie mówiąc, wchodzę po pracy do domu a tu ciemno. W skrzynce pocztowej Pan Monter zostawił mi notkę, że odłączono za zaległość, i telefon do kontaktu.


Opowiem jak to było dokładnie, bo nie życzę nikomu żeby przez to przeszedł.
Ten wspomniany telefon kontaktowy czynny do 16:30, więc nic już nie zdziałałam. Następnego dnia, w piątek, o 8:30 zadzwoniłam i mówię: przelew wysłany, co dalej? Pani na to: z potwierdzeniem przelewu proszę się udać do punktu obsługi klienta, do wyboru są 2 we Wrocławiu: przy ul.Trzebnickiej i przy ul.Powstańców Śląskich.
No, udać się, łatwo powiedzieć, jeszcze gdybym pracowała we Wrocławiu... A ja prawie w Środzie Śląskiej, ha! Nie ma szans. A jak trwoga to do... mamy. Mamo ratuj!
Czyli jeszcze raz, po kolei. Nie mam prądu. Mama nie ma komputera. Muszę wydrukowane potwierdzenie przelewu przekazać mamie, która musi je zawieźć do energetyki. I to jak najszybciej, żeby była szansa na przyłączenie w piątek. Nie ma siły, trzeba uruchomić kolejną deskę ratunku - Kasię z banku. Kasia zgodziła się wydrukować i przekazać mamie potwierdzenie przelewu, które jej wcześniej przesłałam e-mailem. Mama zrobiła więc rundę do energetyki przez bank. Kiedy dojechała w końcu na Powstańców Śląskich i odstała w kolejce, była godzina 11, w piątek, przed weekendem. Pani z obsługi klienta rozbrajająco oświadczyła, że nie ma już monterów dostępnych na piątek. Ha!

Zgadnijcie. Mamo ratuj!
Po pierwszym wieczorze, nocy i poranku bez prądu, bez bajeczek, bez muzyki Tomcia, bez światła w łazience, bez lampki do zapalenia przed spaniem... W piątek skorzystałam z uprzejmości mamy (no i trochę Mariusza, którego nie było), i przenieśliśmy się z Tomciem do niej. Zostaliśmy do niedzieli, żebym do pracy jechała od siebie - te wszystkie mecyje z ubraniem i makijażem. W poniedziałek Pan Monter miał być pomiędzy 11 a 16. I kto mnie znowu uratował? Mama! Bo oczywiście z odłączaniem Pan poradził sobie samodzielnie, ale przy przyłączaniu musi być ktoś z mieszkania. Bo może dojść do spięć. Ha!
Całe szczęście, że Pan był około 14:00. A wiecie na czym polega odłączenie? Pan wyciągnął korek główny. Zastanawiałyśmy się z mamą, czy sobie nie przyłączyć, ale doszłyśmy do wniosku, że nie wiemy czy Pan Monter nie spisał licznika przy odłączaniu, a potem jak się zmieni to każe znowu coś płacić, no i wymiękłyśmy. W sumie u mamy mieszkało się miło. Prawie nas nie było: w sobotę cały dzień spędziliśmy u Dziadków, w niedzielę ja i Tomcio pojechaliśmy na cały dzień do Dzianych.

Tak więc ostatni tydzień minął mi właściwie bez napięć ;)

środa, 1 września 2010

Mój przedszkolak kochany.

Tomcio dzisiaj został przedszkolakiem. Rano wstał ze mną, koło 6:05. Wyszliśmy z domu o 6:30, szybko się zebraliśmy. Na szczęście do przedszkola mamy, ja wiem? z 50 metrów? W linii prostej nawet bliżej, ale to bliższe wejście nie zawsze jest otwarte. Tomcio dostał szafkę z obrazkiem trzech marchewek, taki sam identyfikator przyczepiany do ubrania, no i w łazience przy ręczniku.
Pożegnanie było dość szybkie, na szczęście pani z przedszkola zna się na rzeczy i sprawnie przejęła Tomcia, zanim zdążył przykleić się do mnie na dobre. Jeszcze pomachaliśmy sobie przez okno i... tyle go widzieli.

Oczywiście akurat dzisiaj musiało być w pracy zebranie, przez co wyjechaliśmy o 16:30, więc nie ja odebrałam Tomka tylko Magda. Jak weszłam do domu, obaj z Bartkiem szaleli z pistoletami. Tomcio mnie wyściskał na powitanie, a na moje pytanie "jak było w przedszkolu?" odpowiedział "Faaajnie".
Raport uzyskałam dopiero po wyjściu Bartka. Nie płakał, tylko był smutny, tęsknił, pił kakao, jadł kanapkę z pomidorkiem i kluseczkami (pytałam kilka razy, no z kluseczkami, no!), zupę, która miała kolor jak w domu, kotlecika i sam kroił widelcem. Był siku - sam, i kupę - Pani pomagała. Maciuś miał pieluszkę i nie mówił (tzn. nie umiał mówić), a Rysiu tak krzyczał: E! E! Rano był z Bartkiem w jednej sali i po południu też.
Były auta i żołnierzyki, i Bartek znalazł taki granat fajowy, i Pani śpiewała ale nie było muzyki. Nie byli na dworze bo było zimno. Do picia był kubuś. Chyba niczego nie pominęłam?

Co za dzień!