wtorek, 18 stycznia 2011

Jasna choroba!

Mam katar. Od kilku dni. Zużywam dużo chusteczek, spożywam jakieś doraźne lekarstwa, nic wyszukanego - ot coś przeciwgorączkowego, jakieś krople do nosa. W końcu to nie jest mój pierwszy katar w życiu. Przez 36 lat trochę się ich nazbierało. Kilometry zasmarkanych chusteczek, megatony różnych lekarstw. Ale i tak wszyscy dookoła myślą, ze znają super-mega skuteczne antidotum na mój katar. Każda, dosłownie każda osoba, która się ze mną zetknęła w ciągu ostatnich 3 dni, służy mi swoją drogocenną radą. "Idź do lekarza", "weź zwolnienie", "bierz coś przeciwzapalnego", "rób sobie inhalacje", "śpij w skarpetkach", "nasmaruj się bobrzym sadłem" (!!!)

Nie jestem niepełnosprawna ani na ciele, ani na umyśle, ani nie jestem ubezwłasnowolniona. Nie jestem też mężczyzną. Umiem sama zdecydować, kiedy czas pójść do lekarza, jakie sobie kupić lekarstwa i kiedy je zażywać. Oglądam te same reklamy co inni, wiem, że jest Ibuprom zatoki i Gripex. Dajcie mi święty spokój. Każdy Polak jest lekarzem, bardzo prawdziwe porzekadło.

niedziela, 16 stycznia 2011

Codzienność

Nie lubię takich weekendów. Spędzonych w domu. Z poczuciem "co ze mnie za matka". Dziecko potrafi się zająć sobą, ale jednak nie powinno, nie? Z drugiej strony: codziennie w przedszkolu ma sporą porcję nauki, zabawy i zdrowego żywienia. W weekend może trochę od tego odpocząć, nie? Pooglądać z mamą bajki, pograć na komputerze, poukładać puzzle. Poskakać po łóżku. Narobić bałaganu. Jeść jogurty, monte i czekoladę ile wlezie. A w tym czasie mama się może odmóżdżyć przy gazecie, telewizorze lub poćwiczyć szare komórki przy krzyżówce. Oboje łazimy do południa w piżamach, które potem zamieniamy na dresy. Spędzamy czas.
Wczoraj przeszliśmy się trochę nad Odrę, pokarmić kaczki i łabędzie. Pogoda okazała się mniej życzliwa niż wyglądało przez okno. Ostro nas przewiało. Wieczór spędziliśmy z syropami i kroplami do nosa. Ale był to nasz pierwszy spacer od jesieni. I pewnie nieprędko będzie następny, poczekamy aż aura będzie bardziej sprzyjająca.
Ze znajomymi nie chce mi się umawiać. Żadna z koleżanek (ni kolegów) nie wychodzi z propozycją spotkania, a ja uznaję, że znajomości w których wyłącznie ja dbam o utrzymanie kontaktu, nie są warte mojej energii. Ludzie się chyba jakoś przyzwyczaili, że to ode mnie zwykle wychodzi inicjatywa spotkania czy imprezy, a zdarzają mi się okresy niechęci wobec takich biernych oczekiwań. Wiecie, fajnie jest zrobić imprezkę w domu, spotkać się z dawno nie widzianymi znajomymi, ale.
W czasach, kiedy nasi rodzicie imprezowali, a my byliśmy dziećmi, istniała zasada wzajemności: jeśli my Staszka zapraszamy na imieniny, to Staszek musowo zaprasza nas na swoje imieniny. Jeśli nie zaprosi, to my go więcej też nie zapraszamy. Prosta zasada pozwalająca wyselekcjonować tzw. dobrych znajomych. Dzisiaj ta reguła nie funkcjonuje, przynajmniej wśród moich znajomych. Rozumiem, różni ludzie mają różne warunki lokalowe, i nie każdy ma możliwość zaprosić 10 osób na domówkę. To niech zaprasza w ratach! Pierwsze nasze mieszkanie (35 m kwadratowych) opijaliśmy na kilkunastu parapetówkach przez rok. Jak się chce to można, nie?
Możliwe, że po prostu niektórzy nie lubią nas aż tak bardzo, żeby do siebie zapraszać. Możliwe, że nie lubią zapraszać gości do siebie. Może nie mają zmywarki, albo wystarczającej ilości naczyń. Może nie lubią dzieci, w tym naszego. Może mają drogie podłogi i nie chcą, żeby im ktoś zadeptał. Mój dziadek zwijał dywan zawsze jak przyjeżdżali goście. Ten drugi dziadek. Możliwe też, że potrafimy się obejść bez spotykania przez rok, dwa.

W tym miejscu gorąco pozdrawiam wszystkich tych, którzy nie czekają biernie.