środa, 20 października 2010

Oby do piątku.

Mój emigrant przylatuje w piątek. Zaraz w progu zostanie przechwycony przez narząd ssąco-gryzący :) Nie wyśpi się, raz że przez żonę, dwa że przez syna, który z pewnością około 6 rano będzie chciał sprawdzić, czy tatuś już jest.
W sobotę do południa będziemy się byczyć, a potem wybieramy się do teściowej na obiad. Misiek zamówił sobie na pierwsze danie sernik a na drugie - szarlotkę. Bo obiad to on sobie sam może zrobić... Sobotni wieczór zarezerwowany jest, nie wcale nie dla mnie, dla kolegów. Spodziewam się, że wróci baaaardzo późno i baaaaardzo nietrzeźwy.
W niedzielę z kolei będą łączone urodziny moje i mamy, więc znowu rodzinnie. A potem, w tygodniu, co podleci. Lekarze, urzędy, banki, wszystko co odkładaliśmy od 3 miesięcy :)

poniedziałek, 18 października 2010

Jeszcze 4.

A w piątek wieczorem przylatuje Misiu, na na nam tra la la.
Nigdy więcej nie zgodzę się na trzymiesięczny brak seksu. A, co tam seksu, tu jeszcze można sobie jakoś poradzić, ale CAŁOWANIA!!!!!
Wibratora się nie całuje!

niedziela, 17 października 2010

Jeszcze o wyglądzie.

Kontynuując jeszcze temat wyglądu: dużo dobrego wyniosłam z programów typu "jak dobrze wyglądać nago". Jak człowiek tak posłucha i popatrzy, to potem gdy stanie przed lustrem, to się okazuje, że nie jest wcale tak tragicznie. Fałdki? A co ja, modelka jestem? Normalna kobieta, co lubi zjeść, a słodyczy sobie nie odmówię i już. I ten niesławny wystający brzuszek? 98% kobiet taki ma. Ma i nie ukrywa. Rozstępy? Która rodziła i nie ma? Poza Madonną i innymi gwiazdami, które się faszerują kosmetologią wszelaką? A przecież, za przeproszeniem, każdemu na ulicy ich nie pokazuję, a mężowi nie przeszkadzają. Z cellulitem - tak samo. Nawet moje dziecko ma. Co ja będę walczyć z wiatrakami, wydawać kasę na kremy, sremy i zabiegi, a nie daj Boże jeszcze co, mam się odchudzać?! W d.!
Reszta - do podrasowania standardową kosmetyką. Nie kupować za ciasnych ubrań. Nie udawać, że się ma 18 lat. Nie porównywać się z modelkami i aktorkami, ani koleżankami, które są chude i już.
W dzisiaj obejrzanym "Jedz, módl się, kochaj" pada wspaniały tekst, pod którym podpisuję się wszystkimi kończynami i organami. Że jeśli ktoś lubi jeść, to powinien jeść to co lubi, a jak się pojawi dodatkowe parę kilo więcej - kupić większe dżinsy. Tak w skrócie mówiąc. A facetowi, każdemu, Twoje fałdki nie przeszkadzają, bo jak przyjdzie co do czego, to i tak się cieszy, że ma gołą dziewczynę dla siebie.
:)) Serio. I szczerze mówiąc, im szybciej babeczka przyswoi sobie tę wiedzę, tym szczęśliwsza będzie.
A, nie chodzić do sklepów, w których i tak nie ma Twoich rozmiarów. To są sklepy dla tzw. patyczaków, i nie jestem tam targetem. Mam kilka, w których zawsze coś znajdę, i nie stresuję się jakimiś duperelami.
Marylin Monroe też miała ten rozmiar, co ja. Tylko ja tak ust nie umiem wydąć :)

Tomciowe przekrętasy.

Tomek lubi przekręcać różne słowa dla żartu. Dzisiaj oglądamy tv; na Cartoon Network jest reklama, gdzie dzieci się przedstawiają. Jedna dziewczynka mówi: mam na imię Ania, pochodzę z Morąga. A Tomek na to: z Madżonga!
W jego wykonaniu brzmi to  "z Madzonga", ale i tak jest śmiesznie.

sobota, 16 października 2010

Zmiany, zmiany, zmiany.

Zauważyłam, że dziewczyny w moim otoczeniu pięknieją po przekroczeniu 30-tki. Skończyły już eksperymentować z makijażem, fryzurą i strojem - wybrały to, co dla nich najlepsze. Zwykle mają stabilną sytuację życiową - pracę, związek, rodzinę. Nie biegają już z rozwianym włosem w poszukiwaniu ideału - wiedzą, czego chcą od faceta, od pracy, od życia. Są świadome swoich atutów i potrafią je wykorzystywać. Często też decydują się na diametralną zmianę w sowim życiu, spełnienie marzeń, wyrwanie się z kieratu.

Ja przekroczyłam 30-tkę jakiś czas temu ;) Mam wzloty i depresje we wszystkich wyżej wymienionych kwestiach. Obecnie przechodzę fazę kobiecości: golę nogi, noszę szpilki, zakładam biżuterię. Patrząc wstecz widzę, że zmiany "faz" są silnie osadzone w otaczającej rzeczywistości - kiedy jest słabo, praca do d., problemy na innych polach - w szafie swetry, za szerokie dżinsy, same płaskie obcasy. Teraz jest mi w życiu dobrze, a potworna wręcz tęsknota za cielesną stroną związku potęguje we mnie napięcie na granicy wytrzymania. Czuję się jak wulkan tuż przed erupcją.
Stąd bardziej kobieca garderoba, więcej "kobiecych sztuczek", płaskie buty głęboko w szafie, sportowe bluzki też. Nawet na kawę z koleżanką wychodzę w pełnym rynsztunku: makijaż, fryzura, obcas. Znakomicie się to przekłada na moje samopoczucie, pewność siebie, zachowanie. Wszystko się zapętla: czuję się świetnie, wyglądam świetnie, czuję się świetnie.
Erupcja wulkanu już za tydzień. Potem, kto wie? może znów wskoczę w bezpłciowe, workowate ciuchy?
Lepiej je powyrzucam zawczasu.

czwartek, 14 października 2010

Update.

Czyli po naszemu: aktualizacja.
Trochę się zaczynam martwić, bo w pracy jest super. A jak wiadomo, w przyrodzie musi być równowaga. Można by od biedy podciągnąć chorobę mamy, ale i tak strach jest. Takie podskórne uczucie, że coś się spieprzy.
Dzisiaj sobie pomyślałam, że - oglądając się na moje doświadczenia zawodowe - niełatwo jest być dobrym szefem. Znaczy: każdy może być szefem. Nawet niektórzy mogą się starać być dobrym szefem. Ale nie jest łatwo to osiągnąć. Trzeba umieć zbudować autorytet a jednocześnie pozostać lubianym. Bo być nielubianym to żadna sztuka, można to osiągnąć bez specjalnego wysiłku. Jak to zrobić? Nie da się zbudować autorytetu bez posiadania wiedzy lub bez wkładania ciężkiej pracy w budowanie firmy. Trzeba też pozostać człowiekiem i nie zamykać się na ludzkie sprawy w firmie. Trzeba też umieć i karać i nagradzać, zachowując równowagę. I, muszę to powiedzieć, dobry szef ma rzeczywisty nienormowany czas pracy. I tyle. Przerąbane inaczej mówiąc.

Dziecko. O,to temat na serial. Jak Tomek był mały, cieszyłam się, że nie grzebie mi po szafkach, nie włazi na meble, nie ściąga rzeczy ze stołu, nie tłucze, nie wysypuje i w ogóle - można go spuścić z oczu bez obaw, że zdemoluje mieszkanie. Teraz nadrobił z nawiązką, bo jest już większy i sam sobie przynosi stołek, włazi na niego i sięga, gdzie wzrok nie sięga. Bierze sobie garnki z szafki, ze szklanymi pokrywkami, a jakże. Z lodówki - wszystko z najwyższej półki, w szkle, proszę bardzo. Z taty szafy z narzędziami, wszystko co było dotąd bezpieczne na wysokich półkach, cóż, już nie jest. Jedyny plus - sam sobie wyciągnie ubranie z własnej szafki.

Dodatkowo Tomek stracił słuch. Albo drugi pomysł: zamienił się w swojego tatę. Objawy: można gadać i gadać i gadać. Potem mówię: zrozumiałeś mnie? to co ja powiedziałam? "Nie wiem". Aaaaaaa!
Albo "syndrom taty": ma coś pilnie zrobić, np. ubrać się, albo wyjść z domu, albo iść do toalety, ale po drodze musi koniecznie poukładać płyty na półce, albo namalować coś na kartce, albo powiesić równiutko swoje ubrania. Oczywiście jak proszę: powieś ubrania, to on akurat musi układać klocki. I tak w kółko. Codziennie od nowa, codziennie to samo. Codziennie walka, codziennie płacz. Bo ja wiem, że mam 30 minut na położenie go spać, ale on nie wie, dopóki nie stanie w wannie i nie poczuje nagle, że chce spać. Wtedy w płacz, że on nie chce się kąpać, tylko spać. A jak tylko wyjdzie z wanny, za 3 minuty płacze, że chce się kąpać. Aaaaaaa!
I tak nam upływa miło życie. Wczoraj i dzisiaj tak się bawił z Bartkiem, że aż zapomniał że jak się chce siku to trzeba iść do toalety.
Przynajmniej skończyły się poranne łzy w sprawie przedszkola. Teraz jest w miarę spokojnie. Oczywiście, od 6:00 do 7:00 powtarza 324 razy "ja nie ce do pseckola", ale jakoś daje się przetłumaczyć i obywa się bez płaczu za mamą. Bardzo mi pomógł kalendarz przyjazdu taty. Zrobiliśmy na karteczkach odliczanie, a dodatkowo Syn poprosił, żeby mu zaznaczyła "ksyzyki", kiedy nie idzie do przedszkola. Dzięki temu widzi, że jest rytm - po kilku dniach w przedszkolu są 2 krzyżyki.

No i za tydzień przyjeżdża tata! Już prezent dla Tomka kupiony: Singstar Queen. Ale będzie rock!

niedziela, 3 października 2010

Bóg się śmieje z naszych planów.

Takie miałam plany na wczoraj, oj oj! Miałam sobie spokojnie, relaksacyjnie, przygotować się do wieczornego wyjścia. Kąpiel, kaweczka, golareczka, perfumki, przymierzanie kreacji. Od 8:00 rano do 16:00? Kupa czasu. Jeszcze bym dojechała ze sporym zapasem na kręgle.
Mama zadzwoniła koło 11:00, akurat jak odkurzałam (no bo porządki też zaplanowałam). Poprosiła żebym przyszła, bo bardzo źle się czuje i chyba będzie trzeba wezwać pogotowie. Poprzedniego wieczora sama wzywała, dostała zastrzyk przeciwbólowy, po którym przespała całą noc spokojnie. Ale od rana znowu się zaczęło. Jeszcze zanim wyszłam z domu zadzwoniła do mnie mamy sąsiadka, Kasia, żeby mi powiedzieć że mama bardzo źle wygląda. Ot, opieka sąsiedzka.
Poszliśmy zatem w pośpiechu do mamy. Zadzwoniłam na pogotowie, była 11:30. Pan dyspozytor zasugerował, żeby może taksówką się wybrać, bardzo starał się nie przyjąć zgłoszenia, ale nie miał wyjścia. Powiedział też, że nie ma  wolnych karetek i to może długo potrwać. Jak długo? nie wiadomo. Mam czekać. Po godzinie zadzwoniłam znowu, i dostałam informację, że karetka jest w drodze. Przez tą godzinę siedzieliśmy w małym pokoju z Tomkiem i staraliśmy się nie przeszkadzać.
W końcu przyjechało pogotowie. Dwóch panów - jeden spisywał raport a drugi przeprowadzał wywiad i badanie, czyli jeden lekarz i jeden sanitariusz. Lekarz pobadał, pomacał, pomierzył i mówi tak: "Mogę Pani podać zastrzyk przeciwbólowy i przez parę godzin będzie Pani miała spokój. Ale potem znowu trzeba będzie interweniować. Proponuję wyjazd do szpitala. Nie będę Pani przekonywał, decyzja należy do Pani. Trzustka wygląda na obrzękniętą, a z uwagi na historię choroby sugeruję badania w szpitalu."
Taki bardzo spolegliwy lekarz.
No to spakowaliśmy mamie torebkę i pojechała.
Na kręgle ledwo dojechaliśmy na 17:00. Wieczór mi się udał, dzięki pomocy Marzenki, która zajęła się Synem.
Dziś jedziemy do mamy dowieźć jej parę rzeczy. Lekarze podejrzewają piasek czy kamień do usunięcia, może jutro będzie miała już zabieg.

sobota, 2 października 2010

Złota rączka.

Dziś nauczyłam się naprawiać spłuczkę podtynkową.
Łatwo nie było. Jeszcze może gdybym była przy montażu, to wiedziałabym od razu, ale nie byłam, więc zdrowo się nagłówkowałam. Na szczęście udało się naprawić bez demolki, tzn wyłamania czegoś niepotrzebnie. Zrobiłam tylko małą ryskę śrubokrętem, zupełnie zbędną, bo do spłuczki można się dostać przez przycisk, lekko zdejmując klapkę, jak w telefonie komórkowym klapkę na baterię. A te wszystkie fachowe porady "przez przycisk" można o kant tyłka rozbić, bo wcale nie chodzi o przycisk, tylko to co dookoła! Przynajmniej w mojej spłuczce. Paznokcie i palce bolą mnie jak szlag, od prób wyciągnięcia tego cholernego przycisku.
Śpieszę donieść co się zepsuło: Syn w złości walił ręką w przycisk i od spodu wypadł ten element łączący przycisk i spłuczkę. I trzeba było plastik włożyć, zamknąć klapkę, i po robocie.
Ha!
Ale żarówka w przedpokoju poczeka na męża, niech ma :)