Gdyby nie Syn, to te Święta przemknęłyby całkiem niezauważone. Tylko dla Syna lataliśmy w Wigilię za ostatnią z ostatnich choinką. Wymarzyłam sobie jodłę kaukaską, ale należy ją kupować co najmniej jeden dzień przed Wigilią. W samą Wigilię szczęściem jest w ogóle trafić jakąkolwiek choinkę, która wygląda. Kupiliśmy świerk, ok. 150 cm wysoki, całkiem przystojny, za 70 zł. Lekko skrzywia na lewo, codziennie musimy regulować, bo koniecznie chce się przytulić do ściany. A że Święta spędziliśmy wyjazdowo, to właściwie - poza prezentem dla Syna - był to nasz jedyny wydatek.
Po przywiezieniu drzewka zabrałam się za ubieranie. Kompletnie obrażona na cały świat, bo przecież choinka nie taka, auto popsute, śniegu nie ma, i same problemy tylko z tymi świętami. Po zawieszeniu światełek i pierwszych bombek zupełnie mi przeszło. Po chwili miałam super pomocnika - Tomek bardzo się zaangażował w wieszanie ozdób. Szybko przyswoił sobie zasady, choć nie uniknął wieszania takich samych bombek obok siebie. Nie narzekał na kłujące igiełki, nic nie stłukł, dzielnie wieszał ozdoby jak tylko wysoko dosięgnął, i całkiem nisko też. A świerk pachniał i koił nerwy.
Na końcu powiesiliśmy ciasteczka imbirowe. Na ich zrobienie poświęciliśmy całą poprzednią sobotę. Aga zrobiła ciasto imbirowe; powycinaliśmy kształty: domki, choinki, kółka, grzybki, nawet zajączki, ale żaden nie przetrwał w całości, bo im się uszy pourywały ;) Potem Aga upiekła je w piekarniku, i mogliśmy zabrać się za zdobienie. Kolorowe lukry, pędzle, perełki i cukiereczki - Tomek oczywiście brał bardzo aktywny udział. A jak mu szło wałkowanie!
- Jak będę dorosły to zostanę kucharzem, mamo!
- A nie perkusistą?
- Mamo, będę kucharzem i perkusistą, kucharz może też grać na perkusji!
Kolacja Wigilijna u teściowej. Z mojej strony - duże kulinarne poświęcenie. Ja wyrosłam w tradycji modlitwy przed kolacją, barszczu z farfoclami, uszek, pierogów kartoflaków i kapuśniaków, smażonego karpia i kutii. To wszystko co zwykle babcia podaje na kolację, ale bez tego trudno jest mi sobie wyobrazić Wigilię. No i opłatek, z wiecznymi życzeniami dziecka, dobrej pracy, pieniędzy.
Misiek, szczerze mówiąc, nie wiem czy kojarzy Wigilię z jakimkolwiek stałym elementem, oprócz kłótni. Natomiast kulinarnie: śledzie. Moja babcia z kolei nie jada śledzi, a karp w galarecie to już fanaberia. U teściowej zaczęliśmy od opłatka. Potem sałatka śledziowa i śledzie w czubricy (nowość), panga w jarzynach (po grecku), panga w panierce i różne ryby w galarecie, nawet kawałek karpia się tam dostał. Na koniec barszcz z uszkami (kompletnie inny smak niż w mojej rodzinie), krokietom już powiedzieliśmy nie, a jeszcze zwieńczeniem było ciasto.
Dużo było jedzenia. Powymienialiśmy drobne prezenty, i czas do domu. Ale oczywiście wcale nie do domu, tylko do brata, który w tym roku, po raz pierwszy w nowym mieszkaniu, robił z żoną kolację wigilijną, na którą zaprosili swoje mamy. Bardzo żałuję, że po kolacji u teściowej nie dałam rady spróbować ich wiktuałów. Zmieściłam tylko odrobinę klusek z makiem - bardzo smaczne, u nas się nie robi, i kawałka ciasta Magdy wypieku. W tym roku nie załapałam się na smażonego karpia ani kartoflaki, a barszcz z babcinymi uszkami dostałam cudem.
A ja to się co roku tylko nagadam o tym jedzeniu, ale sama to nic nie zrobiłam od lat :) Raz tylko kiedyś z Miśkiem, jeszcze mieszkając u mamy, robiliśmy jakąś galaretę z dorsza i jakąś pieczoną rybę, może jeszcze keksa. Jak padnie na mnie robienie Wigilii, to się skończy chyba kupowaniem garmażerki... W życiu nie zrobiłam samodzielnie pierogów. Usmażę karpia a Misiek zrobi kutię - ma już wprawę, w Szkocji zrobił i smacznie się udała.
Tak się zastanawiam, jaki sens mają dla nas święta? Bez wiary, bez kościoła, bez tradycyjnych przesądów i wróżb? Bez tych wszystkich zaklęć, sianka pod obrusem? Skończy się jak w Japonii - tradycyjny świąteczny obiad z KFC? Dziecko mi dzisiaj zadało pytanie: dlaczego jeszcze mamy choinkę, skoro już były prezenty? Mam nadzieję, że z czasem, z wiekiem, przyjdzie czas na objaśnienie symboli świąt. Bez podłączenia do religii będzie to trochę skomplikowane, ale postaramy się.
A pod choinką była perkusja. Jutro przychodzi Pan Nauczyciel, żebyśmy się poznali i zdecydowali o trybie nauczania. Będą lekcje perkusji od stycznia.
A świerk stoi w kącie i pachnie...
Opisuję swoje życie jako słomianej wdowy. Jestem żoną telefoniczno-mailową, bo mąż mój ciężko pracuje w Szkocji na spłatę naszych długów. Blog jest bardzo osobisty i opisuję w nim bieżące wydarzenia z mojego, prawie samotniczego, życia.
środa, 29 grudnia 2010
wtorek, 21 grudnia 2010
Zdradzać?
Motto: Koncert miał dziwnie nieskładne brzmienie: wpierw grały zmysły, potem sumienie.
— Jan Izydor Sztaudynger
Ostatnio w gronie znajomych często pojawia się temat zdrady. A to jeden się rozwiódł, bo go żona zdradzała, a to wróżka wywróżyła niebezpieczną blondynę zasadzającą się na męża, a to "nie ma takiej możliwości, nie wyobrażam sobie".
No to jak to jest? Czy zdrada jest łatwa do popełnienia? Czy jak się już ją popełni, to życie jest gorsze czy lepsze? ciekawsze czy straszniejsze? Czy popełnia się ją z nudów, zemsty, pragnienia zmiany, udowodnienia sobie czegoś?
Na portalu nauka.wp.pl znalazłam ciekawy artykuł, pozwolę sobie go trochę zacytować:
"Psycholodzy ewolucyjni twierdzą, że mężczyźni i kobiety w zupełnie inny sposób pojmują zdradę. Mężczyźni odczuwają wyrzuty sumienia, gdy są niewierni seksualnie, natomiast kobiety wtedy, gdy dokonują zdrady emocjonalnie. Takie wnioski płyną z badań przeprowadzonych w Toronto (...) Z odpowiedzi zbadanych osób jednoznacznie wyłoniła się znacząca różnica między płciami. Mężczyźni w znacznie większym stopniu niż kobiety deklarowali odczuwanie wyrzutów sumienia po zdradzie fizycznej. Seks pozbawiony uczuć w ich oczach był najgorszym rodzajem zdrady.
Kobiety natomiast uważały, że odczuwałyby gorsze samopoczucie po emocjonalnej zdradzie partnera. Zakochanie się w innej osobie byłoby dla nich źródłem największych wyrzutów sumienia, znacznie większych, niż sam seks z kimś innym, niż ich partner".
Czyli są dwa rodzaje zdrady: emocjonalna i seksualna. W kategorii seksualnej mieści się "to był tylko seks, kochanie, to nic nie znaczyło". Sam akt seksualny jako czynność fizjologiczna. Hedonizm. Coś jak podrapanie się w nieznośnie swędzące miejsce. Albo kupienie sobie idiotycznie drogich butów czy torebki. Głupie, impulsywne, nieprzemyślane działanie, które zaspokaja na chwilę.
Obok niej funkcjonuje zdrada emocjonalna. Zaspokojenie głodu uczuciowego, jeśli na co dzień tych uczuć nie dostajemy wystarczająco dużo. Kiedy w związku jest chłód, brak więzi, nic tylko kierat i rutyna. Wtedy szukamy tych brakujących emocji, podłączamy je do siebie jak kroplówkę, i życie staje się lepsze.
Czy któraś z nich jest łatwiejsza do popełnienia? A do wybaczenia? Czy widzisz siebie w którejś z tych sytuacji?
Statystycznie mój mąż nie wybaczyłby mi tej seksualnej, ale łatwiej byłoby z emocjonalną. Dlatego, że akt prokreacji uznaje za zagrożenie dla przedłużenia jego rodu. Pal diabli emocje, faceci się na nich nie znają, statystycznie. Tymczasem statystyczna ja wybaczam mężowi "tylko seks", ale zakochanie? o nie!
Nie wiem, jak Misiek, ale ja się zasadniczo z tym zgodzę. Jestem w stanie zrozumieć popęd, czysty seks, chwilową słabość. A gdyby się zakochał? Nie zawrócisz kijem Wisły, nie? Ale nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
To tak fajnie brzmi w teorii, ale każda zdrada to ogrom emocji, po obu stronach. Kłamstwa, tajemnice, utrata zaufania. Ból związany z poczuciem odrzucenia. Walizki za drzwiami. Ostracyzm wśród znajomych. Są też bardziej przyziemne zagrożenia: choroby, ciąże. Wszyscy wiemy, że nie ma 100% skutecznej metody antykoncepcyjnej, prawda? A gdyby ciąża była wynikiem tej właśnie chwili słabości? Jednorazowej przygody, może nawet przypadkowej i anonimowej? W takiej sytuacji nie umiem się postawić, i wcale nie chcę.
Podsumowując: pośród mojej rodziny, przyjaciół, znajomych nie znam nikogo, kto dopuściłby się zdrady. Czy to znaczy że nikt jej rzeczywiście nie popełnił czy po prostu o tym nie mówi, trzyma w tajemnicy?
Dużo pytań dziś postawiłam i zachęcam każdego, żeby sam sobie na nie odpowiedział.
A tu cytowany artykuł http://nauka.wp.pl/title,Wszystko-co-naukowcy-wiedza-o-zdradzie,wid,11906643,wiadomosc.html
— Jan Izydor Sztaudynger
Ostatnio w gronie znajomych często pojawia się temat zdrady. A to jeden się rozwiódł, bo go żona zdradzała, a to wróżka wywróżyła niebezpieczną blondynę zasadzającą się na męża, a to "nie ma takiej możliwości, nie wyobrażam sobie".
No to jak to jest? Czy zdrada jest łatwa do popełnienia? Czy jak się już ją popełni, to życie jest gorsze czy lepsze? ciekawsze czy straszniejsze? Czy popełnia się ją z nudów, zemsty, pragnienia zmiany, udowodnienia sobie czegoś?
Na portalu nauka.wp.pl znalazłam ciekawy artykuł, pozwolę sobie go trochę zacytować:
"Psycholodzy ewolucyjni twierdzą, że mężczyźni i kobiety w zupełnie inny sposób pojmują zdradę. Mężczyźni odczuwają wyrzuty sumienia, gdy są niewierni seksualnie, natomiast kobiety wtedy, gdy dokonują zdrady emocjonalnie. Takie wnioski płyną z badań przeprowadzonych w Toronto (...) Z odpowiedzi zbadanych osób jednoznacznie wyłoniła się znacząca różnica między płciami. Mężczyźni w znacznie większym stopniu niż kobiety deklarowali odczuwanie wyrzutów sumienia po zdradzie fizycznej. Seks pozbawiony uczuć w ich oczach był najgorszym rodzajem zdrady.
Kobiety natomiast uważały, że odczuwałyby gorsze samopoczucie po emocjonalnej zdradzie partnera. Zakochanie się w innej osobie byłoby dla nich źródłem największych wyrzutów sumienia, znacznie większych, niż sam seks z kimś innym, niż ich partner".
Czyli są dwa rodzaje zdrady: emocjonalna i seksualna. W kategorii seksualnej mieści się "to był tylko seks, kochanie, to nic nie znaczyło". Sam akt seksualny jako czynność fizjologiczna. Hedonizm. Coś jak podrapanie się w nieznośnie swędzące miejsce. Albo kupienie sobie idiotycznie drogich butów czy torebki. Głupie, impulsywne, nieprzemyślane działanie, które zaspokaja na chwilę.
Obok niej funkcjonuje zdrada emocjonalna. Zaspokojenie głodu uczuciowego, jeśli na co dzień tych uczuć nie dostajemy wystarczająco dużo. Kiedy w związku jest chłód, brak więzi, nic tylko kierat i rutyna. Wtedy szukamy tych brakujących emocji, podłączamy je do siebie jak kroplówkę, i życie staje się lepsze.
Czy któraś z nich jest łatwiejsza do popełnienia? A do wybaczenia? Czy widzisz siebie w którejś z tych sytuacji?
Statystycznie mój mąż nie wybaczyłby mi tej seksualnej, ale łatwiej byłoby z emocjonalną. Dlatego, że akt prokreacji uznaje za zagrożenie dla przedłużenia jego rodu. Pal diabli emocje, faceci się na nich nie znają, statystycznie. Tymczasem statystyczna ja wybaczam mężowi "tylko seks", ale zakochanie? o nie!
Nie wiem, jak Misiek, ale ja się zasadniczo z tym zgodzę. Jestem w stanie zrozumieć popęd, czysty seks, chwilową słabość. A gdyby się zakochał? Nie zawrócisz kijem Wisły, nie? Ale nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
To tak fajnie brzmi w teorii, ale każda zdrada to ogrom emocji, po obu stronach. Kłamstwa, tajemnice, utrata zaufania. Ból związany z poczuciem odrzucenia. Walizki za drzwiami. Ostracyzm wśród znajomych. Są też bardziej przyziemne zagrożenia: choroby, ciąże. Wszyscy wiemy, że nie ma 100% skutecznej metody antykoncepcyjnej, prawda? A gdyby ciąża była wynikiem tej właśnie chwili słabości? Jednorazowej przygody, może nawet przypadkowej i anonimowej? W takiej sytuacji nie umiem się postawić, i wcale nie chcę.
Podsumowując: pośród mojej rodziny, przyjaciół, znajomych nie znam nikogo, kto dopuściłby się zdrady. Czy to znaczy że nikt jej rzeczywiście nie popełnił czy po prostu o tym nie mówi, trzyma w tajemnicy?
Dużo pytań dziś postawiłam i zachęcam każdego, żeby sam sobie na nie odpowiedział.
A tu cytowany artykuł http://nauka.wp.pl/title,Wszystko-co-naukowcy-wiedza-o-zdradzie,wid,11906643,wiadomosc.html
środa, 3 listopada 2010
Wieczory samotnej żony.
Mąż o mnie zadbał i mam dużo filmów do oglądania w długie, jesienne wieczory. Obejrzałam już "Rebound", czyli "Lepszy model", z Kaśką Zeta-Jones i "Wpadkę". Oba takie se, lekkie, słabo zapadające w pamięć. Akurat do obejrzenia bez męża, no bo wiadomo - o miłości. Czytam też książkę autorstwa Hugh Laurie, czyli Dr House'a, pt. "Sprzedawca broni". To kryminał, napisany lekkim, Housowo-ironiczno-sarkastycznym językiem. Dopiero zaczęłam ale już się sporo pośmiałam. W niedzielę skończyłam ostatniego Pratchetta, czyli Niewidocznych Akademików. Sporo śmiechu o piłce nożnej.
I tak sobie mija dzień za dniem, wieczór za wieczorem. Nadkwaśność i zgaga, ogólnie mówiąc.
W poniedziałek przyjeżdżają VIPy firmowe, czterech Panów z Włoch, i tym żyję. Mam nadzieję, że hotel będzie wygodny, kolacja smaczna i podróż udana. Mam jeszcze na tapecie 4 podróże służbowe szefa: do Londynu, do Szwecji, do Finlandii i do Rosji, więc sporo hoteli, lotów i wynajmowania samochodów mnie czeka. Ale to jest to, co tygryski lubią najbardziej, co nie?
W piątek czeka mnie ważne wydarzenie przedszkolne: pasowanie Tomka na przedszkolaka. Oczywiście przez to będę w pracy o 13:00 zamiast o 8:00, ale w końcu czego się nie robi dla jedynego i pierworodnego syna. Długo się gryzłam z tym tematem, bo muszę być w pracy z powodu wizyty Włochów, a niby to "tylko" pasowanie na przedszkolaka. Ale Tomek bardzo przeżywa, mówi że będzie występ dla rodziców, no to niech chociaż jeden rodzic tam będzie. I tak już jestem prawie najwyrodniejszą matką w przedszkolu, bo wcześnie Tomka zaprowadzam i nigdy nie zdążam go odebrać, zawsze kto inny odbiera mi dziecko. Jak ja mogę w tej sytuacji nie pójść na jego występ? Pierwszy w życiu? No jak? To idę. Mam wyrzuty sumienia co do pracy, no ale nie da się inaczej. Co nie?
I tak sobie mija dzień za dniem, wieczór za wieczorem. Nadkwaśność i zgaga, ogólnie mówiąc.
W poniedziałek przyjeżdżają VIPy firmowe, czterech Panów z Włoch, i tym żyję. Mam nadzieję, że hotel będzie wygodny, kolacja smaczna i podróż udana. Mam jeszcze na tapecie 4 podróże służbowe szefa: do Londynu, do Szwecji, do Finlandii i do Rosji, więc sporo hoteli, lotów i wynajmowania samochodów mnie czeka. Ale to jest to, co tygryski lubią najbardziej, co nie?
W piątek czeka mnie ważne wydarzenie przedszkolne: pasowanie Tomka na przedszkolaka. Oczywiście przez to będę w pracy o 13:00 zamiast o 8:00, ale w końcu czego się nie robi dla jedynego i pierworodnego syna. Długo się gryzłam z tym tematem, bo muszę być w pracy z powodu wizyty Włochów, a niby to "tylko" pasowanie na przedszkolaka. Ale Tomek bardzo przeżywa, mówi że będzie występ dla rodziców, no to niech chociaż jeden rodzic tam będzie. I tak już jestem prawie najwyrodniejszą matką w przedszkolu, bo wcześnie Tomka zaprowadzam i nigdy nie zdążam go odebrać, zawsze kto inny odbiera mi dziecko. Jak ja mogę w tej sytuacji nie pójść na jego występ? Pierwszy w życiu? No jak? To idę. Mam wyrzuty sumienia co do pracy, no ale nie da się inaczej. Co nie?
I już po wizytacji.
No i mąż już w Szkocji ogląda spódniczki w kratkę. Zleciało, niczym długi weekend.
Jak wszedł do domu w zeszły piątek, to tylko się zapytałam, czy chce coś zrobić czy od razu idziemy do łóżka. Rozbierał się po drodze... No i w łóżku dopiero puściła moja tama emocji, opadł mur, który pieczołowicie, przez 3 miesiące budowałam. W końcu miałam te swoje silne, owłosione, męskie ramiona, w które mogłam się wtulić i zwyczajnie popłakać.
No ale na płakaniu, na szczęście, wieczór się nie skończył.
Od tej pory wszystkie poranki spędzaliśmy razem, no bo wieczory to już nie. Koledzy też chcieli Misia zobaczyć, taki lajf. W ostatecznym rozrachunku było super, dużo jeżdżenia i załatwiania, jedna fajna impreza domowa (Singstar rulez!), i 10 dni RAZEM. Auto odpaliło od pierwszej iskry. Wszyscy najbliżsi krewni odwiedzeni. Prezenty otrzymane. Zakupy porobione. Następna wizyta będzie szybciej i dłuższa.
Jak wszedł do domu w zeszły piątek, to tylko się zapytałam, czy chce coś zrobić czy od razu idziemy do łóżka. Rozbierał się po drodze... No i w łóżku dopiero puściła moja tama emocji, opadł mur, który pieczołowicie, przez 3 miesiące budowałam. W końcu miałam te swoje silne, owłosione, męskie ramiona, w które mogłam się wtulić i zwyczajnie popłakać.
No ale na płakaniu, na szczęście, wieczór się nie skończył.
Od tej pory wszystkie poranki spędzaliśmy razem, no bo wieczory to już nie. Koledzy też chcieli Misia zobaczyć, taki lajf. W ostatecznym rozrachunku było super, dużo jeżdżenia i załatwiania, jedna fajna impreza domowa (Singstar rulez!), i 10 dni RAZEM. Auto odpaliło od pierwszej iskry. Wszyscy najbliżsi krewni odwiedzeni. Prezenty otrzymane. Zakupy porobione. Następna wizyta będzie szybciej i dłuższa.
środa, 20 października 2010
Oby do piątku.
Mój emigrant przylatuje w piątek. Zaraz w progu zostanie przechwycony przez narząd ssąco-gryzący :) Nie wyśpi się, raz że przez żonę, dwa że przez syna, który z pewnością około 6 rano będzie chciał sprawdzić, czy tatuś już jest.
W sobotę do południa będziemy się byczyć, a potem wybieramy się do teściowej na obiad. Misiek zamówił sobie na pierwsze danie sernik a na drugie - szarlotkę. Bo obiad to on sobie sam może zrobić... Sobotni wieczór zarezerwowany jest, nie wcale nie dla mnie, dla kolegów. Spodziewam się, że wróci baaaardzo późno i baaaaardzo nietrzeźwy.
W niedzielę z kolei będą łączone urodziny moje i mamy, więc znowu rodzinnie. A potem, w tygodniu, co podleci. Lekarze, urzędy, banki, wszystko co odkładaliśmy od 3 miesięcy :)
W sobotę do południa będziemy się byczyć, a potem wybieramy się do teściowej na obiad. Misiek zamówił sobie na pierwsze danie sernik a na drugie - szarlotkę. Bo obiad to on sobie sam może zrobić... Sobotni wieczór zarezerwowany jest, nie wcale nie dla mnie, dla kolegów. Spodziewam się, że wróci baaaardzo późno i baaaaardzo nietrzeźwy.
W niedzielę z kolei będą łączone urodziny moje i mamy, więc znowu rodzinnie. A potem, w tygodniu, co podleci. Lekarze, urzędy, banki, wszystko co odkładaliśmy od 3 miesięcy :)
poniedziałek, 18 października 2010
Jeszcze 4.
A w piątek wieczorem przylatuje Misiu, na na nam tra la la.
Nigdy więcej nie zgodzę się na trzymiesięczny brak seksu. A, co tam seksu, tu jeszcze można sobie jakoś poradzić, ale CAŁOWANIA!!!!!
Wibratora się nie całuje!
Nigdy więcej nie zgodzę się na trzymiesięczny brak seksu. A, co tam seksu, tu jeszcze można sobie jakoś poradzić, ale CAŁOWANIA!!!!!
Wibratora się nie całuje!
niedziela, 17 października 2010
Jeszcze o wyglądzie.
Kontynuując jeszcze temat wyglądu: dużo dobrego wyniosłam z programów typu "jak dobrze wyglądać nago". Jak człowiek tak posłucha i popatrzy, to potem gdy stanie przed lustrem, to się okazuje, że nie jest wcale tak tragicznie. Fałdki? A co ja, modelka jestem? Normalna kobieta, co lubi zjeść, a słodyczy sobie nie odmówię i już. I ten niesławny wystający brzuszek? 98% kobiet taki ma. Ma i nie ukrywa. Rozstępy? Która rodziła i nie ma? Poza Madonną i innymi gwiazdami, które się faszerują kosmetologią wszelaką? A przecież, za przeproszeniem, każdemu na ulicy ich nie pokazuję, a mężowi nie przeszkadzają. Z cellulitem - tak samo. Nawet moje dziecko ma. Co ja będę walczyć z wiatrakami, wydawać kasę na kremy, sremy i zabiegi, a nie daj Boże jeszcze co, mam się odchudzać?! W d.!
Reszta - do podrasowania standardową kosmetyką. Nie kupować za ciasnych ubrań. Nie udawać, że się ma 18 lat. Nie porównywać się z modelkami i aktorkami, ani koleżankami, które są chude i już.
W dzisiaj obejrzanym "Jedz, módl się, kochaj" pada wspaniały tekst, pod którym podpisuję się wszystkimi kończynami i organami. Że jeśli ktoś lubi jeść, to powinien jeść to co lubi, a jak się pojawi dodatkowe parę kilo więcej - kupić większe dżinsy. Tak w skrócie mówiąc. A facetowi, każdemu, Twoje fałdki nie przeszkadzają, bo jak przyjdzie co do czego, to i tak się cieszy, że ma gołą dziewczynę dla siebie.
:)) Serio. I szczerze mówiąc, im szybciej babeczka przyswoi sobie tę wiedzę, tym szczęśliwsza będzie.
A, nie chodzić do sklepów, w których i tak nie ma Twoich rozmiarów. To są sklepy dla tzw. patyczaków, i nie jestem tam targetem. Mam kilka, w których zawsze coś znajdę, i nie stresuję się jakimiś duperelami.
Marylin Monroe też miała ten rozmiar, co ja. Tylko ja tak ust nie umiem wydąć :)
Reszta - do podrasowania standardową kosmetyką. Nie kupować za ciasnych ubrań. Nie udawać, że się ma 18 lat. Nie porównywać się z modelkami i aktorkami, ani koleżankami, które są chude i już.
W dzisiaj obejrzanym "Jedz, módl się, kochaj" pada wspaniały tekst, pod którym podpisuję się wszystkimi kończynami i organami. Że jeśli ktoś lubi jeść, to powinien jeść to co lubi, a jak się pojawi dodatkowe parę kilo więcej - kupić większe dżinsy. Tak w skrócie mówiąc. A facetowi, każdemu, Twoje fałdki nie przeszkadzają, bo jak przyjdzie co do czego, to i tak się cieszy, że ma gołą dziewczynę dla siebie.
:)) Serio. I szczerze mówiąc, im szybciej babeczka przyswoi sobie tę wiedzę, tym szczęśliwsza będzie.
A, nie chodzić do sklepów, w których i tak nie ma Twoich rozmiarów. To są sklepy dla tzw. patyczaków, i nie jestem tam targetem. Mam kilka, w których zawsze coś znajdę, i nie stresuję się jakimiś duperelami.
Marylin Monroe też miała ten rozmiar, co ja. Tylko ja tak ust nie umiem wydąć :)
Tomciowe przekrętasy.
Tomek lubi przekręcać różne słowa dla żartu. Dzisiaj oglądamy tv; na Cartoon Network jest reklama, gdzie dzieci się przedstawiają. Jedna dziewczynka mówi: mam na imię Ania, pochodzę z Morąga. A Tomek na to: z Madżonga!
W jego wykonaniu brzmi to "z Madzonga", ale i tak jest śmiesznie.
W jego wykonaniu brzmi to "z Madzonga", ale i tak jest śmiesznie.
sobota, 16 października 2010
Zmiany, zmiany, zmiany.
Zauważyłam, że dziewczyny w moim otoczeniu pięknieją po przekroczeniu 30-tki. Skończyły już eksperymentować z makijażem, fryzurą i strojem - wybrały to, co dla nich najlepsze. Zwykle mają stabilną sytuację życiową - pracę, związek, rodzinę. Nie biegają już z rozwianym włosem w poszukiwaniu ideału - wiedzą, czego chcą od faceta, od pracy, od życia. Są świadome swoich atutów i potrafią je wykorzystywać. Często też decydują się na diametralną zmianę w sowim życiu, spełnienie marzeń, wyrwanie się z kieratu.
Ja przekroczyłam 30-tkę jakiś czas temu ;) Mam wzloty i depresje we wszystkich wyżej wymienionych kwestiach. Obecnie przechodzę fazę kobiecości: golę nogi, noszę szpilki, zakładam biżuterię. Patrząc wstecz widzę, że zmiany "faz" są silnie osadzone w otaczającej rzeczywistości - kiedy jest słabo, praca do d., problemy na innych polach - w szafie swetry, za szerokie dżinsy, same płaskie obcasy. Teraz jest mi w życiu dobrze, a potworna wręcz tęsknota za cielesną stroną związku potęguje we mnie napięcie na granicy wytrzymania. Czuję się jak wulkan tuż przed erupcją.
Stąd bardziej kobieca garderoba, więcej "kobiecych sztuczek", płaskie buty głęboko w szafie, sportowe bluzki też. Nawet na kawę z koleżanką wychodzę w pełnym rynsztunku: makijaż, fryzura, obcas. Znakomicie się to przekłada na moje samopoczucie, pewność siebie, zachowanie. Wszystko się zapętla: czuję się świetnie, wyglądam świetnie, czuję się świetnie.
Erupcja wulkanu już za tydzień. Potem, kto wie? może znów wskoczę w bezpłciowe, workowate ciuchy?
Lepiej je powyrzucam zawczasu.
Ja przekroczyłam 30-tkę jakiś czas temu ;) Mam wzloty i depresje we wszystkich wyżej wymienionych kwestiach. Obecnie przechodzę fazę kobiecości: golę nogi, noszę szpilki, zakładam biżuterię. Patrząc wstecz widzę, że zmiany "faz" są silnie osadzone w otaczającej rzeczywistości - kiedy jest słabo, praca do d., problemy na innych polach - w szafie swetry, za szerokie dżinsy, same płaskie obcasy. Teraz jest mi w życiu dobrze, a potworna wręcz tęsknota za cielesną stroną związku potęguje we mnie napięcie na granicy wytrzymania. Czuję się jak wulkan tuż przed erupcją.
Stąd bardziej kobieca garderoba, więcej "kobiecych sztuczek", płaskie buty głęboko w szafie, sportowe bluzki też. Nawet na kawę z koleżanką wychodzę w pełnym rynsztunku: makijaż, fryzura, obcas. Znakomicie się to przekłada na moje samopoczucie, pewność siebie, zachowanie. Wszystko się zapętla: czuję się świetnie, wyglądam świetnie, czuję się świetnie.
Erupcja wulkanu już za tydzień. Potem, kto wie? może znów wskoczę w bezpłciowe, workowate ciuchy?
Lepiej je powyrzucam zawczasu.
czwartek, 14 października 2010
Update.
Czyli po naszemu: aktualizacja.
Trochę się zaczynam martwić, bo w pracy jest super. A jak wiadomo, w przyrodzie musi być równowaga. Można by od biedy podciągnąć chorobę mamy, ale i tak strach jest. Takie podskórne uczucie, że coś się spieprzy.
Dzisiaj sobie pomyślałam, że - oglądając się na moje doświadczenia zawodowe - niełatwo jest być dobrym szefem. Znaczy: każdy może być szefem. Nawet niektórzy mogą się starać być dobrym szefem. Ale nie jest łatwo to osiągnąć. Trzeba umieć zbudować autorytet a jednocześnie pozostać lubianym. Bo być nielubianym to żadna sztuka, można to osiągnąć bez specjalnego wysiłku. Jak to zrobić? Nie da się zbudować autorytetu bez posiadania wiedzy lub bez wkładania ciężkiej pracy w budowanie firmy. Trzeba też pozostać człowiekiem i nie zamykać się na ludzkie sprawy w firmie. Trzeba też umieć i karać i nagradzać, zachowując równowagę. I, muszę to powiedzieć, dobry szef ma rzeczywisty nienormowany czas pracy. I tyle. Przerąbane inaczej mówiąc.
Dziecko. O,to temat na serial. Jak Tomek był mały, cieszyłam się, że nie grzebie mi po szafkach, nie włazi na meble, nie ściąga rzeczy ze stołu, nie tłucze, nie wysypuje i w ogóle - można go spuścić z oczu bez obaw, że zdemoluje mieszkanie. Teraz nadrobił z nawiązką, bo jest już większy i sam sobie przynosi stołek, włazi na niego i sięga, gdzie wzrok nie sięga. Bierze sobie garnki z szafki, ze szklanymi pokrywkami, a jakże. Z lodówki - wszystko z najwyższej półki, w szkle, proszę bardzo. Z taty szafy z narzędziami, wszystko co było dotąd bezpieczne na wysokich półkach, cóż, już nie jest. Jedyny plus - sam sobie wyciągnie ubranie z własnej szafki.
Dodatkowo Tomek stracił słuch. Albo drugi pomysł: zamienił się w swojego tatę. Objawy: można gadać i gadać i gadać. Potem mówię: zrozumiałeś mnie? to co ja powiedziałam? "Nie wiem". Aaaaaaa!
Albo "syndrom taty": ma coś pilnie zrobić, np. ubrać się, albo wyjść z domu, albo iść do toalety, ale po drodze musi koniecznie poukładać płyty na półce, albo namalować coś na kartce, albo powiesić równiutko swoje ubrania. Oczywiście jak proszę: powieś ubrania, to on akurat musi układać klocki. I tak w kółko. Codziennie od nowa, codziennie to samo. Codziennie walka, codziennie płacz. Bo ja wiem, że mam 30 minut na położenie go spać, ale on nie wie, dopóki nie stanie w wannie i nie poczuje nagle, że chce spać. Wtedy w płacz, że on nie chce się kąpać, tylko spać. A jak tylko wyjdzie z wanny, za 3 minuty płacze, że chce się kąpać. Aaaaaaa!
I tak nam upływa miło życie. Wczoraj i dzisiaj tak się bawił z Bartkiem, że aż zapomniał że jak się chce siku to trzeba iść do toalety.
Przynajmniej skończyły się poranne łzy w sprawie przedszkola. Teraz jest w miarę spokojnie. Oczywiście, od 6:00 do 7:00 powtarza 324 razy "ja nie ce do pseckola", ale jakoś daje się przetłumaczyć i obywa się bez płaczu za mamą. Bardzo mi pomógł kalendarz przyjazdu taty. Zrobiliśmy na karteczkach odliczanie, a dodatkowo Syn poprosił, żeby mu zaznaczyła "ksyzyki", kiedy nie idzie do przedszkola. Dzięki temu widzi, że jest rytm - po kilku dniach w przedszkolu są 2 krzyżyki.
No i za tydzień przyjeżdża tata! Już prezent dla Tomka kupiony: Singstar Queen. Ale będzie rock!
Trochę się zaczynam martwić, bo w pracy jest super. A jak wiadomo, w przyrodzie musi być równowaga. Można by od biedy podciągnąć chorobę mamy, ale i tak strach jest. Takie podskórne uczucie, że coś się spieprzy.
Dzisiaj sobie pomyślałam, że - oglądając się na moje doświadczenia zawodowe - niełatwo jest być dobrym szefem. Znaczy: każdy może być szefem. Nawet niektórzy mogą się starać być dobrym szefem. Ale nie jest łatwo to osiągnąć. Trzeba umieć zbudować autorytet a jednocześnie pozostać lubianym. Bo być nielubianym to żadna sztuka, można to osiągnąć bez specjalnego wysiłku. Jak to zrobić? Nie da się zbudować autorytetu bez posiadania wiedzy lub bez wkładania ciężkiej pracy w budowanie firmy. Trzeba też pozostać człowiekiem i nie zamykać się na ludzkie sprawy w firmie. Trzeba też umieć i karać i nagradzać, zachowując równowagę. I, muszę to powiedzieć, dobry szef ma rzeczywisty nienormowany czas pracy. I tyle. Przerąbane inaczej mówiąc.
Dziecko. O,to temat na serial. Jak Tomek był mały, cieszyłam się, że nie grzebie mi po szafkach, nie włazi na meble, nie ściąga rzeczy ze stołu, nie tłucze, nie wysypuje i w ogóle - można go spuścić z oczu bez obaw, że zdemoluje mieszkanie. Teraz nadrobił z nawiązką, bo jest już większy i sam sobie przynosi stołek, włazi na niego i sięga, gdzie wzrok nie sięga. Bierze sobie garnki z szafki, ze szklanymi pokrywkami, a jakże. Z lodówki - wszystko z najwyższej półki, w szkle, proszę bardzo. Z taty szafy z narzędziami, wszystko co było dotąd bezpieczne na wysokich półkach, cóż, już nie jest. Jedyny plus - sam sobie wyciągnie ubranie z własnej szafki.
Dodatkowo Tomek stracił słuch. Albo drugi pomysł: zamienił się w swojego tatę. Objawy: można gadać i gadać i gadać. Potem mówię: zrozumiałeś mnie? to co ja powiedziałam? "Nie wiem". Aaaaaaa!
Albo "syndrom taty": ma coś pilnie zrobić, np. ubrać się, albo wyjść z domu, albo iść do toalety, ale po drodze musi koniecznie poukładać płyty na półce, albo namalować coś na kartce, albo powiesić równiutko swoje ubrania. Oczywiście jak proszę: powieś ubrania, to on akurat musi układać klocki. I tak w kółko. Codziennie od nowa, codziennie to samo. Codziennie walka, codziennie płacz. Bo ja wiem, że mam 30 minut na położenie go spać, ale on nie wie, dopóki nie stanie w wannie i nie poczuje nagle, że chce spać. Wtedy w płacz, że on nie chce się kąpać, tylko spać. A jak tylko wyjdzie z wanny, za 3 minuty płacze, że chce się kąpać. Aaaaaaa!
I tak nam upływa miło życie. Wczoraj i dzisiaj tak się bawił z Bartkiem, że aż zapomniał że jak się chce siku to trzeba iść do toalety.
Przynajmniej skończyły się poranne łzy w sprawie przedszkola. Teraz jest w miarę spokojnie. Oczywiście, od 6:00 do 7:00 powtarza 324 razy "ja nie ce do pseckola", ale jakoś daje się przetłumaczyć i obywa się bez płaczu za mamą. Bardzo mi pomógł kalendarz przyjazdu taty. Zrobiliśmy na karteczkach odliczanie, a dodatkowo Syn poprosił, żeby mu zaznaczyła "ksyzyki", kiedy nie idzie do przedszkola. Dzięki temu widzi, że jest rytm - po kilku dniach w przedszkolu są 2 krzyżyki.
No i za tydzień przyjeżdża tata! Już prezent dla Tomka kupiony: Singstar Queen. Ale będzie rock!
niedziela, 3 października 2010
Bóg się śmieje z naszych planów.
Takie miałam plany na wczoraj, oj oj! Miałam sobie spokojnie, relaksacyjnie, przygotować się do wieczornego wyjścia. Kąpiel, kaweczka, golareczka, perfumki, przymierzanie kreacji. Od 8:00 rano do 16:00? Kupa czasu. Jeszcze bym dojechała ze sporym zapasem na kręgle.
Mama zadzwoniła koło 11:00, akurat jak odkurzałam (no bo porządki też zaplanowałam). Poprosiła żebym przyszła, bo bardzo źle się czuje i chyba będzie trzeba wezwać pogotowie. Poprzedniego wieczora sama wzywała, dostała zastrzyk przeciwbólowy, po którym przespała całą noc spokojnie. Ale od rana znowu się zaczęło. Jeszcze zanim wyszłam z domu zadzwoniła do mnie mamy sąsiadka, Kasia, żeby mi powiedzieć że mama bardzo źle wygląda. Ot, opieka sąsiedzka.
Poszliśmy zatem w pośpiechu do mamy. Zadzwoniłam na pogotowie, była 11:30. Pan dyspozytor zasugerował, żeby może taksówką się wybrać, bardzo starał się nie przyjąć zgłoszenia, ale nie miał wyjścia. Powiedział też, że nie ma wolnych karetek i to może długo potrwać. Jak długo? nie wiadomo. Mam czekać. Po godzinie zadzwoniłam znowu, i dostałam informację, że karetka jest w drodze. Przez tą godzinę siedzieliśmy w małym pokoju z Tomkiem i staraliśmy się nie przeszkadzać.
W końcu przyjechało pogotowie. Dwóch panów - jeden spisywał raport a drugi przeprowadzał wywiad i badanie, czyli jeden lekarz i jeden sanitariusz. Lekarz pobadał, pomacał, pomierzył i mówi tak: "Mogę Pani podać zastrzyk przeciwbólowy i przez parę godzin będzie Pani miała spokój. Ale potem znowu trzeba będzie interweniować. Proponuję wyjazd do szpitala. Nie będę Pani przekonywał, decyzja należy do Pani. Trzustka wygląda na obrzękniętą, a z uwagi na historię choroby sugeruję badania w szpitalu."
Taki bardzo spolegliwy lekarz.
No to spakowaliśmy mamie torebkę i pojechała.
Na kręgle ledwo dojechaliśmy na 17:00. Wieczór mi się udał, dzięki pomocy Marzenki, która zajęła się Synem.
Dziś jedziemy do mamy dowieźć jej parę rzeczy. Lekarze podejrzewają piasek czy kamień do usunięcia, może jutro będzie miała już zabieg.
Mama zadzwoniła koło 11:00, akurat jak odkurzałam (no bo porządki też zaplanowałam). Poprosiła żebym przyszła, bo bardzo źle się czuje i chyba będzie trzeba wezwać pogotowie. Poprzedniego wieczora sama wzywała, dostała zastrzyk przeciwbólowy, po którym przespała całą noc spokojnie. Ale od rana znowu się zaczęło. Jeszcze zanim wyszłam z domu zadzwoniła do mnie mamy sąsiadka, Kasia, żeby mi powiedzieć że mama bardzo źle wygląda. Ot, opieka sąsiedzka.
Poszliśmy zatem w pośpiechu do mamy. Zadzwoniłam na pogotowie, była 11:30. Pan dyspozytor zasugerował, żeby może taksówką się wybrać, bardzo starał się nie przyjąć zgłoszenia, ale nie miał wyjścia. Powiedział też, że nie ma wolnych karetek i to może długo potrwać. Jak długo? nie wiadomo. Mam czekać. Po godzinie zadzwoniłam znowu, i dostałam informację, że karetka jest w drodze. Przez tą godzinę siedzieliśmy w małym pokoju z Tomkiem i staraliśmy się nie przeszkadzać.
W końcu przyjechało pogotowie. Dwóch panów - jeden spisywał raport a drugi przeprowadzał wywiad i badanie, czyli jeden lekarz i jeden sanitariusz. Lekarz pobadał, pomacał, pomierzył i mówi tak: "Mogę Pani podać zastrzyk przeciwbólowy i przez parę godzin będzie Pani miała spokój. Ale potem znowu trzeba będzie interweniować. Proponuję wyjazd do szpitala. Nie będę Pani przekonywał, decyzja należy do Pani. Trzustka wygląda na obrzękniętą, a z uwagi na historię choroby sugeruję badania w szpitalu."
Taki bardzo spolegliwy lekarz.
No to spakowaliśmy mamie torebkę i pojechała.
Na kręgle ledwo dojechaliśmy na 17:00. Wieczór mi się udał, dzięki pomocy Marzenki, która zajęła się Synem.
Dziś jedziemy do mamy dowieźć jej parę rzeczy. Lekarze podejrzewają piasek czy kamień do usunięcia, może jutro będzie miała już zabieg.
sobota, 2 października 2010
Złota rączka.
Dziś nauczyłam się naprawiać spłuczkę podtynkową.
Łatwo nie było. Jeszcze może gdybym była przy montażu, to wiedziałabym od razu, ale nie byłam, więc zdrowo się nagłówkowałam. Na szczęście udało się naprawić bez demolki, tzn wyłamania czegoś niepotrzebnie. Zrobiłam tylko małą ryskę śrubokrętem, zupełnie zbędną, bo do spłuczki można się dostać przez przycisk, lekko zdejmując klapkę, jak w telefonie komórkowym klapkę na baterię. A te wszystkie fachowe porady "przez przycisk" można o kant tyłka rozbić, bo wcale nie chodzi o przycisk, tylko to co dookoła! Przynajmniej w mojej spłuczce. Paznokcie i palce bolą mnie jak szlag, od prób wyciągnięcia tego cholernego przycisku.
Śpieszę donieść co się zepsuło: Syn w złości walił ręką w przycisk i od spodu wypadł ten element łączący przycisk i spłuczkę. I trzeba było plastik włożyć, zamknąć klapkę, i po robocie.
Ha!
Ale żarówka w przedpokoju poczeka na męża, niech ma :)
Łatwo nie było. Jeszcze może gdybym była przy montażu, to wiedziałabym od razu, ale nie byłam, więc zdrowo się nagłówkowałam. Na szczęście udało się naprawić bez demolki, tzn wyłamania czegoś niepotrzebnie. Zrobiłam tylko małą ryskę śrubokrętem, zupełnie zbędną, bo do spłuczki można się dostać przez przycisk, lekko zdejmując klapkę, jak w telefonie komórkowym klapkę na baterię. A te wszystkie fachowe porady "przez przycisk" można o kant tyłka rozbić, bo wcale nie chodzi o przycisk, tylko to co dookoła! Przynajmniej w mojej spłuczce. Paznokcie i palce bolą mnie jak szlag, od prób wyciągnięcia tego cholernego przycisku.
Śpieszę donieść co się zepsuło: Syn w złości walił ręką w przycisk i od spodu wypadł ten element łączący przycisk i spłuczkę. I trzeba było plastik włożyć, zamknąć klapkę, i po robocie.
Ha!
Ale żarówka w przedpokoju poczeka na męża, niech ma :)
poniedziałek, 27 września 2010
Najtrudniejsza pora dnia.
Najgorsze są wieczory. I weekendy. Ale w tygodniu wieczory są najtrudniejsze. Nie dość, że wtedy najbardziej dokucza samotność, brak osoby żeby się wygadać, poklepać po pupie, przytulić, pocałować, to jeszcze Syn dokłada swoją łyżkę dziegciu - przez to, że nie sypia w dzień, po 18:00 zamienia się w potwora.
Pod koniec tygodnia kładzie się spać nawet przed 19:00, bo nie da się z nim wytrzymać. No i niestety, nie czuje jeszcze weekendów, więc wstaje wtedy 6:00-7:00, no bo "carpe diem", nie matka?
Całe szczęście, że mam mamę, i jak potrzebuję, to zawsze mogę się pozbyć zmrola, chociaż na parę godzin.
Ciężko nam, tylko we dwoje. Niedługo spędzimy 8 dni we troje. Co prawda Misiek już jest zewsząd zabukowany, ale zawsze to będzie pod ręką.
Pod koniec tygodnia kładzie się spać nawet przed 19:00, bo nie da się z nim wytrzymać. No i niestety, nie czuje jeszcze weekendów, więc wstaje wtedy 6:00-7:00, no bo "carpe diem", nie matka?
Całe szczęście, że mam mamę, i jak potrzebuję, to zawsze mogę się pozbyć zmrola, chociaż na parę godzin.
Ciężko nam, tylko we dwoje. Niedługo spędzimy 8 dni we troje. Co prawda Misiek już jest zewsząd zabukowany, ale zawsze to będzie pod ręką.
środa, 22 września 2010
wtorek, 21 września 2010
Ale fajną mam pracę...
Serio. Podoba mi się. Zespół - super. Szef - zalatany, jak to szef. Roboty dużo, nie ma czasu zjeść porządnie a co dopiero się nudzić. Widzę, że po Monachium szef mi trochę jakby bardziej ufa i zaczyna powierzać zadania cięższego kalibru niż dotychczas. Super :)
Dzisiaj naskładało mi się tyle papierów, że miałam problem z domknięciem szafki. Do końca tygodnia będę z tego wychodzić.
Super!
A w domu sobie pośpiewaliśmy... o ho ho, tak sobie pośpiewaliśmy.
I już kaloryferki grzeją :)
Dzisiaj naskładało mi się tyle papierów, że miałam problem z domknięciem szafki. Do końca tygodnia będę z tego wychodzić.
Super!
A w domu sobie pośpiewaliśmy... o ho ho, tak sobie pośpiewaliśmy.
I już kaloryferki grzeją :)
poniedziałek, 20 września 2010
reszta Monachium
Żeby już nie wdawać się w szczegóły kilka słów o reszcie pobytu.
Hotel - nic ciekawego. Dostaliśmy pokoje dla palących, więc przesiąknięte dymem. Śniadania codziennie takie same, jajecznica wyglądała okropnie, mocno wysmażona, do tego można było zjeść jajko "na miękko" lub plastry bekonu mocno przysmażone, lub... pulpety z mięsa mielonego. Serio! na śniadanie! Brak majonezu do jajek. Duży wybór fajnych herbat, soki, woda, kawa. Jogurt i mleko, płatki, owoce. Dobre i różne pieczywo. Na zimno średnie wędliny, żółty ser, ser pleśniowy. Powiedzmy, że dało się zjeść, ale nie żeby jakoś szczególnie miło je wspominać.
Wieczorem obsługa w barze - to już znam tylko z opowiadań - słaba. Kelner przez pół godziny szukał cytryny do drinka, w końcu znalazł pomarańczę i myślał, że się uda, skończyło się na limonce.
Ekipa - super. Cały czas fajnie, miło, a że byłam jedyną kobietą i każdy po trochu był dla mnie miły, to nie mogę narzekać. W konkurencji dbania o mnie wygrali Włosi - żebym czasem nie miała za dużo zmywania pili ciągle z tych samych naczyń, tak samo jak i Kolega Kamil. Papa Włoch zabierał mnie na kawę i lunch, żebym nie chodziła sama. Litwin milczek, Kamil zapracowany, z Włochami można pogadać o wszystkim i w każdym języku. Imponujące. No i jeszcze posiadają jakby samorzutnie wiedzę o winach, kawach i dobrym jedzeniu. Pewnie o wszystkim innym też, chociaż nie wdawałam się w szczegóły :)
Po sąsiedzku mieliśmy stoisko polskie, ale nie zaprzyjaźniłam się. Tam była kobieta. Taka zimna blondyna w garniturze. A naprzeciwko mieli stoisko holenderskiej firmy, którzy przywieźli ze sobą morze Heinekena.
No, szczerze, bomba. Jeszcze jak Polacy podrzucili resztkę swoich koreczków z polską kiełbasą... Tak. Środa była fajna.
No to skoro nam tak dobrze poszła integracja, na drugi dzień zaprosiliśmy nowych kolegów na spacer po Monachium. Dla nas była to ostatnia możliwość, skoro w piątek wyjeżdżaliśmy. A jeden z nich był Niemcem o tyle miłym, że zaoferował się pokazać na niemiecką gościnność. Niewiele z tego wyszło, oprócz pysznej kolacji, którą zjedliśmy w składzie: szef, syn Włoch, Anglik, Kamil i ja. Potem trafiliśmy do miejsca, które nam polecił ten Niemiec. Hofbrauhaus, zwany dalej bierhale (bo prawdziwej nazwy ani nie umiem zapamiętać, ani wymówić), czyli pseudoniemiecki cyrk dla turystów. Jedyny duży stolik znaleźliśmy na wielkim patio, pod kasztanowcem, a było strasznie zimno. U mnie postępujący katar + zimne piwo? o nie. Siedziałam więc i się śmiałam, było dużo zabawy, internacjonalnie, tak jak lubię. U tzw. Holendrów było też 2 Polaków, ale, sorry, z Polakami to ja sobie mogę w Polsce rozmawiać, zwłaszcza że byli niegrzeczni i chcieli rozmawiać po polsku. Tak więc jednego wieczoru mogłam sobie porozmawiać i się pośmiać z Niemcami, Holendrami, Anglikiem, Włochem i Polakami. A kelner był jakimś Chińczykiem (wg szefa "Niemiec z kontenera w Hamburgu"). No i tak. Po wielu przygodach, o których nie mogę wspomnieć, bo - jak powiedział Holender - "what happens in Munich stays in Munich", w hotelu byliśmy w okolicach 3 nad ranem. Nie było takiej siły, która zmusiłaby mnie do pobudki o 7:00 rano. Koledzy dali mi pospać do 8:00, na targach byliśmy koło 9:30, a te holendry zakichane były tam już od 2 godzin. Trening czyni miszcza, nie?
Zaczęliśmy zbierać rzeczy koło 13-14, z targów wyszliśmy o 15:00 i przed północą byłam w domu. A potem, po tym kompletnie niedospanym tygodniu, Tomek obudził mnie o 7:30. Reality bites.
Hotel - nic ciekawego. Dostaliśmy pokoje dla palących, więc przesiąknięte dymem. Śniadania codziennie takie same, jajecznica wyglądała okropnie, mocno wysmażona, do tego można było zjeść jajko "na miękko" lub plastry bekonu mocno przysmażone, lub... pulpety z mięsa mielonego. Serio! na śniadanie! Brak majonezu do jajek. Duży wybór fajnych herbat, soki, woda, kawa. Jogurt i mleko, płatki, owoce. Dobre i różne pieczywo. Na zimno średnie wędliny, żółty ser, ser pleśniowy. Powiedzmy, że dało się zjeść, ale nie żeby jakoś szczególnie miło je wspominać.
Wieczorem obsługa w barze - to już znam tylko z opowiadań - słaba. Kelner przez pół godziny szukał cytryny do drinka, w końcu znalazł pomarańczę i myślał, że się uda, skończyło się na limonce.
Ekipa - super. Cały czas fajnie, miło, a że byłam jedyną kobietą i każdy po trochu był dla mnie miły, to nie mogę narzekać. W konkurencji dbania o mnie wygrali Włosi - żebym czasem nie miała za dużo zmywania pili ciągle z tych samych naczyń, tak samo jak i Kolega Kamil. Papa Włoch zabierał mnie na kawę i lunch, żebym nie chodziła sama. Litwin milczek, Kamil zapracowany, z Włochami można pogadać o wszystkim i w każdym języku. Imponujące. No i jeszcze posiadają jakby samorzutnie wiedzę o winach, kawach i dobrym jedzeniu. Pewnie o wszystkim innym też, chociaż nie wdawałam się w szczegóły :)
Po sąsiedzku mieliśmy stoisko polskie, ale nie zaprzyjaźniłam się. Tam była kobieta. Taka zimna blondyna w garniturze. A naprzeciwko mieli stoisko holenderskiej firmy, którzy przywieźli ze sobą morze Heinekena.
No, szczerze, bomba. Jeszcze jak Polacy podrzucili resztkę swoich koreczków z polską kiełbasą... Tak. Środa była fajna.
No to skoro nam tak dobrze poszła integracja, na drugi dzień zaprosiliśmy nowych kolegów na spacer po Monachium. Dla nas była to ostatnia możliwość, skoro w piątek wyjeżdżaliśmy. A jeden z nich był Niemcem o tyle miłym, że zaoferował się pokazać na niemiecką gościnność. Niewiele z tego wyszło, oprócz pysznej kolacji, którą zjedliśmy w składzie: szef, syn Włoch, Anglik, Kamil i ja. Potem trafiliśmy do miejsca, które nam polecił ten Niemiec. Hofbrauhaus, zwany dalej bierhale (bo prawdziwej nazwy ani nie umiem zapamiętać, ani wymówić), czyli pseudoniemiecki cyrk dla turystów. Jedyny duży stolik znaleźliśmy na wielkim patio, pod kasztanowcem, a było strasznie zimno. U mnie postępujący katar + zimne piwo? o nie. Siedziałam więc i się śmiałam, było dużo zabawy, internacjonalnie, tak jak lubię. U tzw. Holendrów było też 2 Polaków, ale, sorry, z Polakami to ja sobie mogę w Polsce rozmawiać, zwłaszcza że byli niegrzeczni i chcieli rozmawiać po polsku. Tak więc jednego wieczoru mogłam sobie porozmawiać i się pośmiać z Niemcami, Holendrami, Anglikiem, Włochem i Polakami. A kelner był jakimś Chińczykiem (wg szefa "Niemiec z kontenera w Hamburgu"). No i tak. Po wielu przygodach, o których nie mogę wspomnieć, bo - jak powiedział Holender - "what happens in Munich stays in Munich", w hotelu byliśmy w okolicach 3 nad ranem. Nie było takiej siły, która zmusiłaby mnie do pobudki o 7:00 rano. Koledzy dali mi pospać do 8:00, na targach byliśmy koło 9:30, a te holendry zakichane były tam już od 2 godzin. Trening czyni miszcza, nie?
Zaczęliśmy zbierać rzeczy koło 13-14, z targów wyszliśmy o 15:00 i przed północą byłam w domu. A potem, po tym kompletnie niedospanym tygodniu, Tomek obudził mnie o 7:30. Reality bites.
niedziela, 19 września 2010
Monachium II
W poniedziałek od rana miałam poszukać dla nas jakichś przyzwoitych noclegów. Przyzwoitych, czyli niezbyt drogich i blisko Westerna, skąd mieliśmy kogośtam zabierać autem.
Cóż po moim zapale do pracy, kiedy narzędzi brakło? Internet na stoisku mieliśmy dopiero po południu, więc poszukiwania spadły na zapracowaną i bez tego Martę. Marta szukała od rana i znalazła nam pokoje... w tym samym Best Westernie. To już szefa ostro wkurzyło, sami rozumiecie - wczoraj nie było a dzisiaj nagle są!
Dzień upłynął nam na przygotowywaniu stoiska - podłączyliśmy expres do kawy, rozpakowaliśmy naczynia, porozkładaliśmy foldery. Powoli opanowaliśmy sytuację.
Nie wiem która to była godzina, kiedy dostałam zadanie: odebrać Włochów z wejścia dla zwiedzających. Nie mogli wejść, bo my mieliśmy dla nich wejściówki (nikt nie pomyślał, żeby im wcześniej wysłać, chociażby z innymi dokumentami). Oczywiście nie dogadaliśmy się co do tego, które to wejście, i musiałam przejść 2 miliony hektarów aż ich znalazłam. Papa Włoch wkurw... na maksa, syn bez specjalnych emocji. Wróciliśmy przez wszystkie hale do naszego stoiska, Papa puszczał parę uszami, więc gdy zaprosił mnie na kawę, bałam się odmówić :) Nie, żartuję, w końcu nie na mnie się złościł, tylko na szefa. Przy kawie (6,60 euro za 2 kawy) wypytał mnie o moją historię i stan posiadania. Trochę mu spadło ciśnienie. Denerwowałam się przed spotkaniem z Papą, w końcu to szef szefa, capo di tutti cappi. Nie było powodu, bo złapaliśmy wspólny język bardzo szybko, zwłaszcza gdy się wydało, że trochę mówię po francusku.
Znajomość języków obcych u Papy imponująca - włoski, angielski, francuski, hiszpański... Jego syn jeszcze opanował niemiecki. Słowem się przy nich strach odezwać, bo nigdy nie wiadomo czy przypadkiem nie zrozumieją.
Towarzyszył nam też kolega z Litwy, z którym porozumiewaliśmy się po angielsku. Not much for a talker, no, chyba że po kilku piwach - zaczynał się wtedy rozkręcać.
Jedzenie na terenie targów - poracha. Drugiego dnia trudny wybór między parówką z bułką a mortadelą z kartofelsalad zmusił mnie do wypróbowania niemieckiej wersji spaghetti. Włoch dzielnie mi towarzyszył przy tym posiłku i powstrzymał się od krytyki. Danie ani nie wyglądało ani nie smakowało dobrze. Porządnie zjedliśmy dopiero w środę wieczorem - w hotelu, gdzie mieszkał Litwin, czyli Olymp sieci Golden Tulip. Co za wspaniała kolacja! I obsługa w całości znała angielski, nie to co w naszym hotelu.
Ale w poniedziałek czekało nas jeszcze spotkanie z recepcją w hotelu Best Western w Neufarn. Pani była inna, a tej która nas odprawiła z kwitkiem w niedzielną noc, nie zobaczyliśmy już więcej. Szef zastosował metody socjotechniczne i... śniadania były gratis. W końcu mogliśmy rozpakować bagaże, ja wszystko przeprasowałam swoim żelazkiem turystycznym, i było gites. Z powodu nieustających kłopotów przemianowaliśmy nasz hotel na Worst Western, i znalazł się na liście NIGDY obok hoteli Etap.
Po rozpakowaniu bagaży wybraliśmy się na wielce rozczarowującą kolację do hotelowej restauracji. Jedyne, co mieli smacznego, to piwo. Kelner nie mówił po angielsku, ale rozumiał prawie wszystko, my z kolei staraliśmy się zrozumieć jego angielski. Kupa śmiechu normalnie. Z godzinę czekaliśmy od posadzenia tyłków przy stoliku do podania dań. Wybór był prawie tak samo bogaty, jak w targowych barach. Efekt był taki, że zamiast położyć się spać wcześniej, po przygodach poprzedniego dnia, osobiście ległam w okolicach północy, zostawiwszy kolegów nad kolejnymi piwami.
Jak się później okazało, nie dane nam było skorzystać ze snu dłużej, wręcz każda noc była krótsza. Ale o tem potem.
Cóż po moim zapale do pracy, kiedy narzędzi brakło? Internet na stoisku mieliśmy dopiero po południu, więc poszukiwania spadły na zapracowaną i bez tego Martę. Marta szukała od rana i znalazła nam pokoje... w tym samym Best Westernie. To już szefa ostro wkurzyło, sami rozumiecie - wczoraj nie było a dzisiaj nagle są!
Dzień upłynął nam na przygotowywaniu stoiska - podłączyliśmy expres do kawy, rozpakowaliśmy naczynia, porozkładaliśmy foldery. Powoli opanowaliśmy sytuację.
Nie wiem która to była godzina, kiedy dostałam zadanie: odebrać Włochów z wejścia dla zwiedzających. Nie mogli wejść, bo my mieliśmy dla nich wejściówki (nikt nie pomyślał, żeby im wcześniej wysłać, chociażby z innymi dokumentami). Oczywiście nie dogadaliśmy się co do tego, które to wejście, i musiałam przejść 2 miliony hektarów aż ich znalazłam. Papa Włoch wkurw... na maksa, syn bez specjalnych emocji. Wróciliśmy przez wszystkie hale do naszego stoiska, Papa puszczał parę uszami, więc gdy zaprosił mnie na kawę, bałam się odmówić :) Nie, żartuję, w końcu nie na mnie się złościł, tylko na szefa. Przy kawie (6,60 euro za 2 kawy) wypytał mnie o moją historię i stan posiadania. Trochę mu spadło ciśnienie. Denerwowałam się przed spotkaniem z Papą, w końcu to szef szefa, capo di tutti cappi. Nie było powodu, bo złapaliśmy wspólny język bardzo szybko, zwłaszcza gdy się wydało, że trochę mówię po francusku.
Znajomość języków obcych u Papy imponująca - włoski, angielski, francuski, hiszpański... Jego syn jeszcze opanował niemiecki. Słowem się przy nich strach odezwać, bo nigdy nie wiadomo czy przypadkiem nie zrozumieją.
Towarzyszył nam też kolega z Litwy, z którym porozumiewaliśmy się po angielsku. Not much for a talker, no, chyba że po kilku piwach - zaczynał się wtedy rozkręcać.
Jedzenie na terenie targów - poracha. Drugiego dnia trudny wybór między parówką z bułką a mortadelą z kartofelsalad zmusił mnie do wypróbowania niemieckiej wersji spaghetti. Włoch dzielnie mi towarzyszył przy tym posiłku i powstrzymał się od krytyki. Danie ani nie wyglądało ani nie smakowało dobrze. Porządnie zjedliśmy dopiero w środę wieczorem - w hotelu, gdzie mieszkał Litwin, czyli Olymp sieci Golden Tulip. Co za wspaniała kolacja! I obsługa w całości znała angielski, nie to co w naszym hotelu.
Ale w poniedziałek czekało nas jeszcze spotkanie z recepcją w hotelu Best Western w Neufarn. Pani była inna, a tej która nas odprawiła z kwitkiem w niedzielną noc, nie zobaczyliśmy już więcej. Szef zastosował metody socjotechniczne i... śniadania były gratis. W końcu mogliśmy rozpakować bagaże, ja wszystko przeprasowałam swoim żelazkiem turystycznym, i było gites. Z powodu nieustających kłopotów przemianowaliśmy nasz hotel na Worst Western, i znalazł się na liście NIGDY obok hoteli Etap.
Po rozpakowaniu bagaży wybraliśmy się na wielce rozczarowującą kolację do hotelowej restauracji. Jedyne, co mieli smacznego, to piwo. Kelner nie mówił po angielsku, ale rozumiał prawie wszystko, my z kolei staraliśmy się zrozumieć jego angielski. Kupa śmiechu normalnie. Z godzinę czekaliśmy od posadzenia tyłków przy stoliku do podania dań. Wybór był prawie tak samo bogaty, jak w targowych barach. Efekt był taki, że zamiast położyć się spać wcześniej, po przygodach poprzedniego dnia, osobiście ległam w okolicach północy, zostawiwszy kolegów nad kolejnymi piwami.
Jak się później okazało, nie dane nam było skorzystać ze snu dłużej, wręcz każda noc była krótsza. Ale o tem potem.
sobota, 18 września 2010
Monachium.
Od czego by tu zacząć? Może od faktów. 1,5 tygodnia temu szef, poprzez innego pracownika, zapytał mnie czy mogłabym pojechać z nim i dyrektorem produkcji na targi w Monachium.
Czasu do namysłu miałam mało, bo zapytanie było w środę a wyjazd w niedzielę. Mama zgodziła się zająć Tomkiem przez tydzień, więc zgodziłam się na wyjazd. W sumie, zdążyłam się już nacieszyć, że przez tydzień nie będzie szefa, a wiadomo: kota nie ma, myszy harcują. A tu dla odmiany byłam przyklejona do szefa niemal jak rzep. Na szczęście szef ma bardzo ludzkie oblicze i nie było żadnej sztywnej atmosfery w jego obliczu.
Kolejnym miły akcentem było otrzymanie gotówki na zakup "odzieży służbowej". Tekst był taki: "przecież nie może Pani wyglądać jak kopciuszek". Okazało się, że oni już zaopatrzyli się w odpowiednią garderobę, czyli po 5 białych koszul. Poświęciłam na te zakupy całą sobotę, aż do zamknięcia Magnolii. W życiu bym nie podejrzewała, że będę mieć takie problemy z wydaniem 800 zł! Mamma mia! Przez 4 pierwsze godziny chodziłam po sklepach i nie mogłam się na nic zdecydować. Ale jak już skasowałam pierwszą spódnicę, dalej poszło jak wodospad. Najgorzej było z butami - wiadomo, jak się idzie na imprezę w nowych butach, to się nie może dobrze skończyć. I tak, niestety, było i w tym przypadku. Niby buty na niskim, prawie płaskim obcasie, ale niewygodne jak szlag. Jeszcze mam zdeformowane stopy po nich. (Przy okazji: nie kupujcie w Boot Square - dzisiaj przy mnie 2 kobity składały reklamację).
Następnego dnia, około 10:00 rano, wysłałam szefowi adres, skąd ma mnie zabrać. Ode mnie mieliśmy jeszcze jechać po kolegę do Środy Śląskiej. Plan był taki, że wyjedziemy koło południa, na miejscu będziemy 17-18, cacyk. Niestety, to był tylko bardzo niewyraźny szkic. Okazało się, że szef miał dzień wcześniej hardkorową imprezę, godzina wyjazdu przesuwała się, aż ostatecznie stanęło na 16:30. Ode mnie. Jeszcze przystanek w Środzie. Dzięki błogosławieństwu niemieckich autostrad na miejscu, czyli w hotelu Best Western w Neufarn, byliśmy koło 22:30. Szkoda tylko, że nasza rezerwacja anulowała się automatycznie z wybiciem godziny 18:00.
Nie, nie, skądże, to nie wina szefa, tylko osoby, która rezerwowała hotel. Trzeba było albo zaznaczyć odpowiednie pole w momencie rezerwacji (przy pytaniu czy ma być aktualna po 18:00) albo wysłać numer karty kredytowej mailem, w celu potwierdzenia rezerwacji.
Tak więc staliśmy jak te debile w hotelowej recepcji, kolega, który prowadził auto ledwo zipał po 6 godzinach jazdy, szef się gotował, a ja się przyglądałam, bo cóż innego. Nasze pokoje poszły na pniu z powodu targów - last minute kosztuje 2 razy tyle, co rezerwacja z wyprzedzeniem. Pani w recepcji, po wysłuchaniu tyrady szefa jacy to oni są wredni i nieodpowiedzialni, zadzwoniła to jakiegoś sąsiedniego hotelu i załatwiła nam jedynkę i dwójkę. W Best Western od razu, zapobiegawczo zostawiliśmy numer karty kredytowej, w celu potwierdzenia pozostałych 2 rezerwacji, dla reszty kolegów. I pojechaliśmy do Gasthauzu, którego nazwy nawet nie potrafimy powtórzyć, ale szczęśliwie był 2 minuty drogi stamtąd. Mogliśmy się więc w końcu położyć i odpocząć. Bez kolacji, bez możliwości rozpakowania bagaży i zadbania o te wszystkie ciuchy, wymagające wyprasowania i powieszenia.
Na szczęście panowie wieźli koszule w pokrowcach, rozwieszone, a ja miałam na podorędziu jedną kieckę nie wymagającą prasowania.
Początkowo plan był taki, że jeszcze pojedziemy na targi i zostawimy ekspres do kawy, filiżanki, napoje, itp. No ale w tej sytuacji nie mieliśmy już ani czasu, ani siły na takie wycieczki. Czy wspominałam, że całą drogę siedziałam z tyłu (to akurat chciałam) wtulona między nasze walizki i koszule panów? Bagażnik pełen był właśnie soków, szklanek, filiżanek i słonych orzeszków. Luksusy, nie? Dobrze, że auto szybkie, niemieckie i komfortowe - audi A4.
Podsumowując: ciuchy w walizkach, targi od jutra startują od 9:00 rano, a my jesteśmy bezdomni. Co dalej?
O tym następnym postem :)
Czasu do namysłu miałam mało, bo zapytanie było w środę a wyjazd w niedzielę. Mama zgodziła się zająć Tomkiem przez tydzień, więc zgodziłam się na wyjazd. W sumie, zdążyłam się już nacieszyć, że przez tydzień nie będzie szefa, a wiadomo: kota nie ma, myszy harcują. A tu dla odmiany byłam przyklejona do szefa niemal jak rzep. Na szczęście szef ma bardzo ludzkie oblicze i nie było żadnej sztywnej atmosfery w jego obliczu.
Kolejnym miły akcentem było otrzymanie gotówki na zakup "odzieży służbowej". Tekst był taki: "przecież nie może Pani wyglądać jak kopciuszek". Okazało się, że oni już zaopatrzyli się w odpowiednią garderobę, czyli po 5 białych koszul. Poświęciłam na te zakupy całą sobotę, aż do zamknięcia Magnolii. W życiu bym nie podejrzewała, że będę mieć takie problemy z wydaniem 800 zł! Mamma mia! Przez 4 pierwsze godziny chodziłam po sklepach i nie mogłam się na nic zdecydować. Ale jak już skasowałam pierwszą spódnicę, dalej poszło jak wodospad. Najgorzej było z butami - wiadomo, jak się idzie na imprezę w nowych butach, to się nie może dobrze skończyć. I tak, niestety, było i w tym przypadku. Niby buty na niskim, prawie płaskim obcasie, ale niewygodne jak szlag. Jeszcze mam zdeformowane stopy po nich. (Przy okazji: nie kupujcie w Boot Square - dzisiaj przy mnie 2 kobity składały reklamację).
Następnego dnia, około 10:00 rano, wysłałam szefowi adres, skąd ma mnie zabrać. Ode mnie mieliśmy jeszcze jechać po kolegę do Środy Śląskiej. Plan był taki, że wyjedziemy koło południa, na miejscu będziemy 17-18, cacyk. Niestety, to był tylko bardzo niewyraźny szkic. Okazało się, że szef miał dzień wcześniej hardkorową imprezę, godzina wyjazdu przesuwała się, aż ostatecznie stanęło na 16:30. Ode mnie. Jeszcze przystanek w Środzie. Dzięki błogosławieństwu niemieckich autostrad na miejscu, czyli w hotelu Best Western w Neufarn, byliśmy koło 22:30. Szkoda tylko, że nasza rezerwacja anulowała się automatycznie z wybiciem godziny 18:00.
Nie, nie, skądże, to nie wina szefa, tylko osoby, która rezerwowała hotel. Trzeba było albo zaznaczyć odpowiednie pole w momencie rezerwacji (przy pytaniu czy ma być aktualna po 18:00) albo wysłać numer karty kredytowej mailem, w celu potwierdzenia rezerwacji.
Tak więc staliśmy jak te debile w hotelowej recepcji, kolega, który prowadził auto ledwo zipał po 6 godzinach jazdy, szef się gotował, a ja się przyglądałam, bo cóż innego. Nasze pokoje poszły na pniu z powodu targów - last minute kosztuje 2 razy tyle, co rezerwacja z wyprzedzeniem. Pani w recepcji, po wysłuchaniu tyrady szefa jacy to oni są wredni i nieodpowiedzialni, zadzwoniła to jakiegoś sąsiedniego hotelu i załatwiła nam jedynkę i dwójkę. W Best Western od razu, zapobiegawczo zostawiliśmy numer karty kredytowej, w celu potwierdzenia pozostałych 2 rezerwacji, dla reszty kolegów. I pojechaliśmy do Gasthauzu, którego nazwy nawet nie potrafimy powtórzyć, ale szczęśliwie był 2 minuty drogi stamtąd. Mogliśmy się więc w końcu położyć i odpocząć. Bez kolacji, bez możliwości rozpakowania bagaży i zadbania o te wszystkie ciuchy, wymagające wyprasowania i powieszenia.
Na szczęście panowie wieźli koszule w pokrowcach, rozwieszone, a ja miałam na podorędziu jedną kieckę nie wymagającą prasowania.
Początkowo plan był taki, że jeszcze pojedziemy na targi i zostawimy ekspres do kawy, filiżanki, napoje, itp. No ale w tej sytuacji nie mieliśmy już ani czasu, ani siły na takie wycieczki. Czy wspominałam, że całą drogę siedziałam z tyłu (to akurat chciałam) wtulona między nasze walizki i koszule panów? Bagażnik pełen był właśnie soków, szklanek, filiżanek i słonych orzeszków. Luksusy, nie? Dobrze, że auto szybkie, niemieckie i komfortowe - audi A4.
Podsumowując: ciuchy w walizkach, targi od jutra startują od 9:00 rano, a my jesteśmy bezdomni. Co dalej?
O tym następnym postem :)
wtorek, 7 września 2010
Przerwa w dostawie energii.
No myślałby kto. To ja tu śpię na forsie ciężko przez męża zarobionej, a tu rachunki nie popłacone? I w dodatku jak się o tym dowiaduję? Post factum, czyli, brutalnie mówiąc, wchodzę po pracy do domu a tu ciemno. W skrzynce pocztowej Pan Monter zostawił mi notkę, że odłączono za zaległość, i telefon do kontaktu.
Opowiem jak to było dokładnie, bo nie życzę nikomu żeby przez to przeszedł.
Ten wspomniany telefon kontaktowy czynny do 16:30, więc nic już nie zdziałałam. Następnego dnia, w piątek, o 8:30 zadzwoniłam i mówię: przelew wysłany, co dalej? Pani na to: z potwierdzeniem przelewu proszę się udać do punktu obsługi klienta, do wyboru są 2 we Wrocławiu: przy ul.Trzebnickiej i przy ul.Powstańców Śląskich.
No, udać się, łatwo powiedzieć, jeszcze gdybym pracowała we Wrocławiu... A ja prawie w Środzie Śląskiej, ha! Nie ma szans. A jak trwoga to do... mamy. Mamo ratuj!
Czyli jeszcze raz, po kolei. Nie mam prądu. Mama nie ma komputera. Muszę wydrukowane potwierdzenie przelewu przekazać mamie, która musi je zawieźć do energetyki. I to jak najszybciej, żeby była szansa na przyłączenie w piątek. Nie ma siły, trzeba uruchomić kolejną deskę ratunku - Kasię z banku. Kasia zgodziła się wydrukować i przekazać mamie potwierdzenie przelewu, które jej wcześniej przesłałam e-mailem. Mama zrobiła więc rundę do energetyki przez bank. Kiedy dojechała w końcu na Powstańców Śląskich i odstała w kolejce, była godzina 11, w piątek, przed weekendem. Pani z obsługi klienta rozbrajająco oświadczyła, że nie ma już monterów dostępnych na piątek. Ha!
Zgadnijcie. Mamo ratuj!
Po pierwszym wieczorze, nocy i poranku bez prądu, bez bajeczek, bez muzyki Tomcia, bez światła w łazience, bez lampki do zapalenia przed spaniem... W piątek skorzystałam z uprzejmości mamy (no i trochę Mariusza, którego nie było), i przenieśliśmy się z Tomciem do niej. Zostaliśmy do niedzieli, żebym do pracy jechała od siebie - te wszystkie mecyje z ubraniem i makijażem. W poniedziałek Pan Monter miał być pomiędzy 11 a 16. I kto mnie znowu uratował? Mama! Bo oczywiście z odłączaniem Pan poradził sobie samodzielnie, ale przy przyłączaniu musi być ktoś z mieszkania. Bo może dojść do spięć. Ha!
Całe szczęście, że Pan był około 14:00. A wiecie na czym polega odłączenie? Pan wyciągnął korek główny. Zastanawiałyśmy się z mamą, czy sobie nie przyłączyć, ale doszłyśmy do wniosku, że nie wiemy czy Pan Monter nie spisał licznika przy odłączaniu, a potem jak się zmieni to każe znowu coś płacić, no i wymiękłyśmy. W sumie u mamy mieszkało się miło. Prawie nas nie było: w sobotę cały dzień spędziliśmy u Dziadków, w niedzielę ja i Tomcio pojechaliśmy na cały dzień do Dzianych.
Tak więc ostatni tydzień minął mi właściwie bez napięć ;)
Opowiem jak to było dokładnie, bo nie życzę nikomu żeby przez to przeszedł.
Ten wspomniany telefon kontaktowy czynny do 16:30, więc nic już nie zdziałałam. Następnego dnia, w piątek, o 8:30 zadzwoniłam i mówię: przelew wysłany, co dalej? Pani na to: z potwierdzeniem przelewu proszę się udać do punktu obsługi klienta, do wyboru są 2 we Wrocławiu: przy ul.Trzebnickiej i przy ul.Powstańców Śląskich.
No, udać się, łatwo powiedzieć, jeszcze gdybym pracowała we Wrocławiu... A ja prawie w Środzie Śląskiej, ha! Nie ma szans. A jak trwoga to do... mamy. Mamo ratuj!
Czyli jeszcze raz, po kolei. Nie mam prądu. Mama nie ma komputera. Muszę wydrukowane potwierdzenie przelewu przekazać mamie, która musi je zawieźć do energetyki. I to jak najszybciej, żeby była szansa na przyłączenie w piątek. Nie ma siły, trzeba uruchomić kolejną deskę ratunku - Kasię z banku. Kasia zgodziła się wydrukować i przekazać mamie potwierdzenie przelewu, które jej wcześniej przesłałam e-mailem. Mama zrobiła więc rundę do energetyki przez bank. Kiedy dojechała w końcu na Powstańców Śląskich i odstała w kolejce, była godzina 11, w piątek, przed weekendem. Pani z obsługi klienta rozbrajająco oświadczyła, że nie ma już monterów dostępnych na piątek. Ha!
Zgadnijcie. Mamo ratuj!
Po pierwszym wieczorze, nocy i poranku bez prądu, bez bajeczek, bez muzyki Tomcia, bez światła w łazience, bez lampki do zapalenia przed spaniem... W piątek skorzystałam z uprzejmości mamy (no i trochę Mariusza, którego nie było), i przenieśliśmy się z Tomciem do niej. Zostaliśmy do niedzieli, żebym do pracy jechała od siebie - te wszystkie mecyje z ubraniem i makijażem. W poniedziałek Pan Monter miał być pomiędzy 11 a 16. I kto mnie znowu uratował? Mama! Bo oczywiście z odłączaniem Pan poradził sobie samodzielnie, ale przy przyłączaniu musi być ktoś z mieszkania. Bo może dojść do spięć. Ha!
Całe szczęście, że Pan był około 14:00. A wiecie na czym polega odłączenie? Pan wyciągnął korek główny. Zastanawiałyśmy się z mamą, czy sobie nie przyłączyć, ale doszłyśmy do wniosku, że nie wiemy czy Pan Monter nie spisał licznika przy odłączaniu, a potem jak się zmieni to każe znowu coś płacić, no i wymiękłyśmy. W sumie u mamy mieszkało się miło. Prawie nas nie było: w sobotę cały dzień spędziliśmy u Dziadków, w niedzielę ja i Tomcio pojechaliśmy na cały dzień do Dzianych.
Tak więc ostatni tydzień minął mi właściwie bez napięć ;)
środa, 1 września 2010
Mój przedszkolak kochany.
Tomcio dzisiaj został przedszkolakiem. Rano wstał ze mną, koło 6:05. Wyszliśmy z domu o 6:30, szybko się zebraliśmy. Na szczęście do przedszkola mamy, ja wiem? z 50 metrów? W linii prostej nawet bliżej, ale to bliższe wejście nie zawsze jest otwarte. Tomcio dostał szafkę z obrazkiem trzech marchewek, taki sam identyfikator przyczepiany do ubrania, no i w łazience przy ręczniku.
Pożegnanie było dość szybkie, na szczęście pani z przedszkola zna się na rzeczy i sprawnie przejęła Tomcia, zanim zdążył przykleić się do mnie na dobre. Jeszcze pomachaliśmy sobie przez okno i... tyle go widzieli.
Oczywiście akurat dzisiaj musiało być w pracy zebranie, przez co wyjechaliśmy o 16:30, więc nie ja odebrałam Tomka tylko Magda. Jak weszłam do domu, obaj z Bartkiem szaleli z pistoletami. Tomcio mnie wyściskał na powitanie, a na moje pytanie "jak było w przedszkolu?" odpowiedział "Faaajnie".
Raport uzyskałam dopiero po wyjściu Bartka. Nie płakał, tylko był smutny, tęsknił, pił kakao, jadł kanapkę z pomidorkiem i kluseczkami (pytałam kilka razy, no z kluseczkami, no!), zupę, która miała kolor jak w domu, kotlecika i sam kroił widelcem. Był siku - sam, i kupę - Pani pomagała. Maciuś miał pieluszkę i nie mówił (tzn. nie umiał mówić), a Rysiu tak krzyczał: E! E! Rano był z Bartkiem w jednej sali i po południu też.
Były auta i żołnierzyki, i Bartek znalazł taki granat fajowy, i Pani śpiewała ale nie było muzyki. Nie byli na dworze bo było zimno. Do picia był kubuś. Chyba niczego nie pominęłam?
Co za dzień!
Pożegnanie było dość szybkie, na szczęście pani z przedszkola zna się na rzeczy i sprawnie przejęła Tomcia, zanim zdążył przykleić się do mnie na dobre. Jeszcze pomachaliśmy sobie przez okno i... tyle go widzieli.
Oczywiście akurat dzisiaj musiało być w pracy zebranie, przez co wyjechaliśmy o 16:30, więc nie ja odebrałam Tomka tylko Magda. Jak weszłam do domu, obaj z Bartkiem szaleli z pistoletami. Tomcio mnie wyściskał na powitanie, a na moje pytanie "jak było w przedszkolu?" odpowiedział "Faaajnie".
Raport uzyskałam dopiero po wyjściu Bartka. Nie płakał, tylko był smutny, tęsknił, pił kakao, jadł kanapkę z pomidorkiem i kluseczkami (pytałam kilka razy, no z kluseczkami, no!), zupę, która miała kolor jak w domu, kotlecika i sam kroił widelcem. Był siku - sam, i kupę - Pani pomagała. Maciuś miał pieluszkę i nie mówił (tzn. nie umiał mówić), a Rysiu tak krzyczał: E! E! Rano był z Bartkiem w jednej sali i po południu też.
Były auta i żołnierzyki, i Bartek znalazł taki granat fajowy, i Pani śpiewała ale nie było muzyki. Nie byli na dworze bo było zimno. Do picia był kubuś. Chyba niczego nie pominęłam?
Co za dzień!
niedziela, 29 sierpnia 2010
Klub Szalonych Dawnoniedziewic
Jakoś tak się porobiło, że w naszej rodzinie tylko kuzyn Robert utrzymuje komplet i kuzynka Magda. No, poza babcią i dziadkiem oczywiście. Pozostali albo rozwiedzeni, albo w rozłące emigracyjnej.
Wczoraj 3 kobitki spotkałyśmy się u Madzi. Dzieci szalały w sowim pokoju (Boże błogosław Kasię!), a babki przy cytrynówce gadały o mężach, dzieciach, teściowych, pracy, i wszystkim co nam do głowy przyszło.
Trochę oderwania od kieratu każdemu się przyda.
Konkluzja jest taka, że trochę jesteśmy jak kobity na Śląsku, gdzie chłop tylko wiecznie na szychcie siedzi, a baby razem się trzymają. Zdecydowany deficyt mężczyzn w rodzinie. Najwidoczniejsze jest to zjawisko u babci, kiedy na stół trafia miodóweczka. No i kto? ostatnio tylko Lutek i Robert. Jak już nasi mężowie wrócą to będą nadrabiać :-)
Wczoraj 3 kobitki spotkałyśmy się u Madzi. Dzieci szalały w sowim pokoju (Boże błogosław Kasię!), a babki przy cytrynówce gadały o mężach, dzieciach, teściowych, pracy, i wszystkim co nam do głowy przyszło.
Trochę oderwania od kieratu każdemu się przyda.
Konkluzja jest taka, że trochę jesteśmy jak kobity na Śląsku, gdzie chłop tylko wiecznie na szychcie siedzi, a baby razem się trzymają. Zdecydowany deficyt mężczyzn w rodzinie. Najwidoczniejsze jest to zjawisko u babci, kiedy na stół trafia miodóweczka. No i kto? ostatnio tylko Lutek i Robert. Jak już nasi mężowie wrócą to będą nadrabiać :-)
czwartek, 19 sierpnia 2010
Na smutki.
Każdy ma jakiś sposób na smutki. Ja mam jeden z najbardziej zgubnych - jedzenie, zwłaszcza słodycze. Podobno jest to jeden z najłatwiej dostępnych pocieszycieli, najtańszy, sklepy otwarte do późna. No to zakupiłam sobie dzisiaj chałwę i dwa rodzaje ciastek, zasiadłam wieczorem przed telewizorem i zaczęłam pożerać. Czy pomaga? Się zobaczy, szkodzi na pewno. Dużo zdrowszym pocieszycielem byłyby surowe warzywa... a kogo to obchodzi? Cukier w dużych ilościach, to jest to co lubię. Rozważałam jeszcze alkohol, ale e tam. Cookies!
Byłam dzisiaj u dentysty, dostałam 3 zastrzyki znieczulające, w odstępach 15-to minutowych, bo nie chciały działać, mam rozorane pół szczęki i wydałam na to 100 zł. Najgorzej się czuję płacąc u dentysty. Wychodzisz od fryzjera - wyglądasz extra, łatwo za to zapłacić. Kupujesz coś dla siebie - tak samo. Ale dentysta? A rekordy bije zabieg usunięcia zęba, przez co przeszłam już kilka razy. Wchodzisz do gabinetu, dostajesz znieczulenie, tracisz zęba (ja akurat 3 razy straciłam zdrowego zęba z powodów ortodontycznych), potem dziękujesz i płacisz, niezłe pieniądze. A potem jeszcze z tydzień dokucza ci ból po zębie. Głupie.
Było dziś też kilka miłych zdarzeń, wyszliśmy ze szpitala z Tomkiem - w końcu, dostałam przelew od Miśka - w końcu, umyłam włosy - w końcu (po szpitalu, brrr), mama je zafarbowała. Zjadłam dobry obiad, który zrobiłam sama, a nie to szpitalne bezsmakowe g. No i rozmawiałam z Misiem, acz króciutko. Jak widać dentysta przeważył. Ale ciacha - pyszne :)
Byłam dzisiaj u dentysty, dostałam 3 zastrzyki znieczulające, w odstępach 15-to minutowych, bo nie chciały działać, mam rozorane pół szczęki i wydałam na to 100 zł. Najgorzej się czuję płacąc u dentysty. Wychodzisz od fryzjera - wyglądasz extra, łatwo za to zapłacić. Kupujesz coś dla siebie - tak samo. Ale dentysta? A rekordy bije zabieg usunięcia zęba, przez co przeszłam już kilka razy. Wchodzisz do gabinetu, dostajesz znieczulenie, tracisz zęba (ja akurat 3 razy straciłam zdrowego zęba z powodów ortodontycznych), potem dziękujesz i płacisz, niezłe pieniądze. A potem jeszcze z tydzień dokucza ci ból po zębie. Głupie.
Było dziś też kilka miłych zdarzeń, wyszliśmy ze szpitala z Tomkiem - w końcu, dostałam przelew od Miśka - w końcu, umyłam włosy - w końcu (po szpitalu, brrr), mama je zafarbowała. Zjadłam dobry obiad, który zrobiłam sama, a nie to szpitalne bezsmakowe g. No i rozmawiałam z Misiem, acz króciutko. Jak widać dentysta przeważył. Ale ciacha - pyszne :)
niedziela, 15 sierpnia 2010
Szybko poszło.
Od dwóch tygodni jestem słomianą wdową. Teściowa przeżywa, jakby Misiek był gdzieś na drugim końcu świata i nie miał dostępu do niczego. Ale czasy się zmieniły: teraz są konta bankowe z kartami, sklepy sieciowe, komórki, Skype i samoloty. Mieszkając w Szkocji Misiek może robić zakupy w Lidlu i Tesco, rozmawiamy codziennie bo ma do mnie darmowe minuty, widzimy się na Skype, a jak zechcemy się dotknąć to wsiadamy w samolot i po 3 godzinach możemy się spotkać osobiście. Możemy mu wysłać paczkę, która nie zginie po drodze, a kurier dostarczy do drzwi, wcześniej umawiając się telefonicznie na konkretną godzinę.
Jedynym utrudnieniem jest kasa. Bo jednak te wszystkie dobra kosztują - i ten internet dzięki któremu jest Skype, i te polskie kiełbasy w delikatesach, i te bilety lotnicze kupowane w ostatniej chwili.
Decyzję o wyjeździe Michała podjęliśmy dość nagle, bilet kupiony tydzień przed wylotem był drogi, ogólnie koszty wyjazdu były spore - no bo specjalne zakupy, większe wydatki na telefon, później te wszystkie niezbędne do komunikacji urządzenia. Czy się opłaci? Na pewno. Może jeszcze nie w tym miesiącu, ale jeszcze w tym roku.
Póki co mieszkamy sobie osobno, każdy ma swoje problemy i sprawy do załatwienia, i tylko wieczory mamy wspólne - z telefonem i Skypem.
Jedynym utrudnieniem jest kasa. Bo jednak te wszystkie dobra kosztują - i ten internet dzięki któremu jest Skype, i te polskie kiełbasy w delikatesach, i te bilety lotnicze kupowane w ostatniej chwili.
Decyzję o wyjeździe Michała podjęliśmy dość nagle, bilet kupiony tydzień przed wylotem był drogi, ogólnie koszty wyjazdu były spore - no bo specjalne zakupy, większe wydatki na telefon, później te wszystkie niezbędne do komunikacji urządzenia. Czy się opłaci? Na pewno. Może jeszcze nie w tym miesiącu, ale jeszcze w tym roku.
Póki co mieszkamy sobie osobno, każdy ma swoje problemy i sprawy do załatwienia, i tylko wieczory mamy wspólne - z telefonem i Skypem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)