sobota, 19 lutego 2011

Dziadek.

Dziadek kaszlał, kaszlał, leczył się antybiotykiem na zapalenie płuc, aż pewnego dnia złapały go duszności, przyjechało pogotowie i zawieźli dziadka do szpitala. Zrobili mu tam prześwietlenie i okazało się, że ma w płucu guza, dość dużego, nie wiem dokładnie ile.
Dziadek, rocznik 1930, jest pacjentem wysokiego ryzyka i już od lat nie chcą go operować.
Ogólnie mówiąc, pozostaje tylko czekać.
Oczywiście babcia też się z nerwów pochorowała, i jak to babcia - cały dzień słuchała morza w muszli klozetowej.

Update lutowy.

Nowa praca, nowi ludzie, nowe miejsce. Pierwszy tydzień dość ciężki. Od odejścia z banku w czerwcu 2009 to moje piąte miejsce pracy. W pierwszej firmie, nazwijmy ją V, byłam sekretarką zastępczą, na umowę zlecenie. Trafiłam tam z polecenia, tzn właściciel firmy był klientem banku, i akurat się zwierzył koleżance Kasi, że poszukuje kogoś na parę miesięcy. Zgodziłam się. Za 1000 zł netto, 6 godzin dziennie, z czego jeszcze opłacałam prywatne przedszkole dla syna - około 800 zł. No, ale w ostatecznym rozrachunku zawsze to 200 do przodu... Jak wróciła stała sekretarka, to mi podziękowali. Szef co prawda był pod wrażeniem moich umiejętności, ale nie mógł mi zapłacić tyle, ile chciałam, czyli ile byłam warta.
Kolejna praca też była z polecenia. Poprosiłam kolegę z firmy leasingowej żeby coś pomógł, a on porozsyłał komu mógł. Zgłosiła się do mnie dziewczyna, która zakładała agencję bankową P, i potrzebowała kogoś z bankowym doświadczeniem do rozkręcenia placówki. Brałam udział w otwieraniu 2 oddziałów banku, więc mogłam jej służyć pomocą. Tak zostałam kierownikiem obsługi klienta w agencji w składzie: właścicielka, jeden pracownik i ja.
Po 3 miesiącach dostałam inną propozycję, praca z ludźmi których znałam z banku przez wiele lat, za nieco większą kasę. Jak tu się nie zgodzić. Pożegnałam się z jedną agencją, zaczęłam pracę w innej: nieruchomości. Tu znowu trzeba było organizować od nowa, od zera, wszystko nowe. Po 6 miesiącach stało się jasne, że w kolejnej trzyosobowej firmie (łącznie ze mną), asystentka nie jest potrzebna, a na pewno nie za taką pensję. Zaczęłam więc rozsyłać CV, zaprosili mnie na rozmowę do agencji pośrednictwa pracy. Pani opowiedziała, przepytała, i po kilku dniach dała znać, że firma T zaprasza mnie na rozmowę do siebie. Jak powiedziała gdzie i jaka firma, to już wiedziałam że mam pracę. Kolejny znajomy z banku. Bardzo miły znajomy, dobra firma, dobre kontakty, dobre przeczucie.
Po 2 tygodniach okazało się, że to praca moich marzeń. Po pół roku szef zapragnął mnie w swojej drugiej firmie, K. I tym sposobem znowu zmieniam pracę, nie ze swojej inicjatywy, wręcz wcale tego nie chciałam. Są jednak propozycje, których się nie odrzuca, bo to nie ma sensu. I co z tego, że postawiłabym się, skoro byłby kwas na linii ja-szef. A tak jest szansa, że dostanę medal dla Łosia Roku. Bo znowu zastępuję sekretarkę, tym razem ona w ciąży, wg przepisów wróci pewnie na jesieni. Jestem po prostu tak dobra i niesamowita w tym co robię, że muszę tam być. (Jakoś się trzeba pocieszyć.)
Od odejścia z banku R minęło półtora roku. Kawał życiorysu, jak się tak spojrzy wstecz, co nie?