Na początku stycznia Tomek w pracy powiedział: "Chyba zrobię sobie dietę kopenhaską. Trochę hardkorowo, ale przydałoby mi się". Lubię Tomka, a że przeszłam kiedyś tę dietę, pomyślałam, że przyda mu się towarzyszka w cierpieniu. Poza tym było po tych całych obżartych świętach i czułam się spuchnięta i brzydka. Wspominałam o zdobytych dodatkowych kilogramach, które jakoś nie chciały same sobie pójść?
Od tamtego czasu osiągnęłam prawie 7 kilo mniej i totalnie nie mam się w co ubrać. Zeszłam z 77,9 kg do 71,2 kg. Większość spodni, nawet tych, które nosiłam "po ciąży", wisi na mnie jak na żałosnym wieszaku. Żakietami mogę się owijać. Spódnice, dawniej seksownie obcisłe i opięte na krągłych biodrach, teraz smętnie mi się majtają na wysokości kolan. Zostały mi obcisłe, seksowne sukienki, ale litości! na co dzień? do pracy? wszyscy mnie pytają z dziwnymi uśmieszkami: "kiedy mąż przyjeżdża?". A ja się nie stroję! Ja nie mam nic innego do założenia!
W ubiegłą sobotę byłam u Agi i Marcina na domowej imprezce. Aga - schudła jakieś 7 kg. Marcin - 12 kg (chyba). Był też Daniel, który schudł 19 kg od listopada. Byli też Paweł z Izą, którzy dopiero zaczynają się odchudzać, ale już są efekty. Był Adaś z Anią, którzy planują zacząć odchudzanie niebawem.
Muszę powiedzieć, że przedziwna była to impreza. Stół uginał się od jedzenia - zgodnego z dietą Dukana. Wszyscy przy stole wymieniali się doświadczeniami, przepisami, wynikami, a przodowali w tym... panowie! Nigdy jeszcze nie rozmawiałam z tyloma facetami o dietach i chudnięciu. Większość Panów w naszym towarzystwie dorobiła się sporego brzuszka, niektórzy wyglądali już jak w 23-im miesiącu ciąży. Bardzo miło jest zobaczyć, że zależy im na zdrowiu, i trochę też na wyglądzie. Ci, którzy już sporo zrzucili, chwalili się re-we-la-cyj-ny-mi wynikami badań. A byli już na etapie codziennego łykania tabletek na serce, nadciśnienie, czy inne bóle, charakterystyczne dla sześćdziesięciolatków.
Pomimo sporej wyżerki na drugi dzień stanęłam na wadze i... kilo mniej :) Mam tylko nadzieję, że wszyscy wytrwamy w tym odchudzaniu i na następnej domowej imprezie "wszyscy zmieścimy się na jednej kanapie".
Opisuję swoje życie jako słomianej wdowy. Jestem żoną telefoniczno-mailową, bo mąż mój ciężko pracuje w Szkocji na spłatę naszych długów. Blog jest bardzo osobisty i opisuję w nim bieżące wydarzenia z mojego, prawie samotniczego, życia.
środa, 20 kwietnia 2011
wtorek, 22 marca 2011
Update marcowy.
Się dzieje. Ostrzegam, że będzie chaotycznie.
Młody był chory. Półtora tygodnia temu jak zaczął haftować, tak skończył po 7 dniach. Było bombowo, zwłaszcza jak się popłakałam w pracy z bezsilności, że nie wiem jak temu gówniarzowi pomóc i ulżyć. Po 5 dniach ciągle mówił, że jest głodny. Ciągle wymyślał co on by zjadł. Nawet na marchewkę gotowaną patrzył, jakby była największym smakołykiem na ziemi. Choroba ta nazywa się... angina. Objawy choroby: gorączka 39 stopni, wymioty, ból gardła. A jak już skończył chorować, to tak się rzucił na jedzenie, że w 2 dni nadrobił te 7. Jadł bez przerwy, buzia mu się nie zamykała.
Teraz byliśmy w sklepie, zażyczył sobie oscypka (rolada ustrzycka, ale cicho). Pokroić w plastry i na talerzyk. Zeżarł ze 6 plasterków. Syn swojego taty :)
Mama się wyprowadza. Rzeczy w zasadzie wszystkie spakowane, czekają w pudłach, workach i torbach podróżnych. Jak na "dorobek życia" nie jest tego zbyt wiele - my chyba mieliśmy więcej, jak przenosiliśmy się z 35m na 60m. Ale my braliśmy sporo mebli, mama bierze tylko parę rzeczy. Mieszkanie kupiła para z synkiem w wieku Bartka (5-6 lat). Na ten weekend zaplanowane jest przewożenie mamy rzeczy - część pojedzie do babci i poleży, dopóki mama nie kupi mieszkania; część przyjedzie do nas, i razem z mamą będą u nas mieszkać.
Są plusy i minusy. Plus na pewno jest taki, że będzie z kim dzielić codzienność. Chociaż akurat od dzielenia jej z mamą trochę się odzwyczaiłam. Jak będę potrzebować opieki nad Tomkiem, to będzie już na miejscu. Mama gotuje, chociaż nie jestem przekonana, czy to plus. Bo jednak tłuściochy i smażochy.
Minusy są takie, że obie się odzwyczaiłyśmy od mieszkania ze sobą, znowu będziemy się ścierać. Mama będzie mi przestawiać, układać, kłaść serwetki i obrusy. Komentować. Chrapie. Tomka łóżko przenoszę do naszej sypialni, czyli ja będę miała problemy ze spokojnym spaniem, jak to matka, śpię czujnie. Chcę, żeby mama miała swój pokój, swoją przestrzeń, a co za tym idzie żebyśmy my zachowali swoją przestrzeń,
No i musimy trochę zagęścić w mieszkaniu - wchodzi dodatkowa osoba, potrzebne miejsce w szafie, w łazience, na półkach. Mama na razie traktuje rzecz jako tymczasową, ale z rok u nas pomieszka, może i dłużej. Bo upatrzyła sobie już mieszkanie, w bloku który powstanie obok naszego, a póki co spółdzielnia czeka na pozwolenie na budowę. Czyli rok, półtora, do dwóch. Zobaczymy, czy się nie pozabijamy.
Z tą sprawą wiąże się kolejna. Mama musi oddać mieszkanie wolne od lokatorów, a jakoś wszyscy zapomnieli, że Misiek jest tam zameldowany. A nie jest łatwo wymeldować faceta, bez jego obecności, i bez książeczki wojskowej. Są więc niezłe mecyje. Aktualnie czekamy na przesyłkę kurierską, którą Misiek wysłał wniosek o wymeldowanie bezpośrednio ze Szkocji do Urzędu Miasta. Takie buty.
Teraz z kolei ja jestem chora. Zapalenie gardła, zwolnienie do końca tygodnia.
Z powodu złego, bardzo złego samopoczucia, ścięłam się dzisiaj z szefem. Jak by Wam to wyjaśnić... Szef coś zrobił, dla ulepszenia mojej pracy i ogólnie pracy biura. Tylko chciał to wykonać zupełnie bez głowy, przez co wyszłoby utrudnienie, a nie ulepszenie. Coś w rodzaju: kupię nowe ksero, ale postawię je 4 m dalej. Ścięliśmy się bardzo, ja przesadziłam i on przesadził. Po 2 godzinach przyszedł i zadysponował, że ma być po mojemu. Po czym pogadaliśmy chwilę, i powiedział że od kiedy jestem, wprowadził wiele zmian, które wyszły ode mnie. To było bardzo miłe, w sumie.
Zdaję sobie sprawę, że kto nie zna całej sytuacji, nie bardzo wie o co w tym chodzi, ale Ci co wiedzą, to wiedzą. A jak ktoś potrzebuje wyjaśnień - jestem do dyspozycji.
Młody był chory. Półtora tygodnia temu jak zaczął haftować, tak skończył po 7 dniach. Było bombowo, zwłaszcza jak się popłakałam w pracy z bezsilności, że nie wiem jak temu gówniarzowi pomóc i ulżyć. Po 5 dniach ciągle mówił, że jest głodny. Ciągle wymyślał co on by zjadł. Nawet na marchewkę gotowaną patrzył, jakby była największym smakołykiem na ziemi. Choroba ta nazywa się... angina. Objawy choroby: gorączka 39 stopni, wymioty, ból gardła. A jak już skończył chorować, to tak się rzucił na jedzenie, że w 2 dni nadrobił te 7. Jadł bez przerwy, buzia mu się nie zamykała.
Teraz byliśmy w sklepie, zażyczył sobie oscypka (rolada ustrzycka, ale cicho). Pokroić w plastry i na talerzyk. Zeżarł ze 6 plasterków. Syn swojego taty :)
Mama się wyprowadza. Rzeczy w zasadzie wszystkie spakowane, czekają w pudłach, workach i torbach podróżnych. Jak na "dorobek życia" nie jest tego zbyt wiele - my chyba mieliśmy więcej, jak przenosiliśmy się z 35m na 60m. Ale my braliśmy sporo mebli, mama bierze tylko parę rzeczy. Mieszkanie kupiła para z synkiem w wieku Bartka (5-6 lat). Na ten weekend zaplanowane jest przewożenie mamy rzeczy - część pojedzie do babci i poleży, dopóki mama nie kupi mieszkania; część przyjedzie do nas, i razem z mamą będą u nas mieszkać.
Są plusy i minusy. Plus na pewno jest taki, że będzie z kim dzielić codzienność. Chociaż akurat od dzielenia jej z mamą trochę się odzwyczaiłam. Jak będę potrzebować opieki nad Tomkiem, to będzie już na miejscu. Mama gotuje, chociaż nie jestem przekonana, czy to plus. Bo jednak tłuściochy i smażochy.
Minusy są takie, że obie się odzwyczaiłyśmy od mieszkania ze sobą, znowu będziemy się ścierać. Mama będzie mi przestawiać, układać, kłaść serwetki i obrusy. Komentować. Chrapie. Tomka łóżko przenoszę do naszej sypialni, czyli ja będę miała problemy ze spokojnym spaniem, jak to matka, śpię czujnie. Chcę, żeby mama miała swój pokój, swoją przestrzeń, a co za tym idzie żebyśmy my zachowali swoją przestrzeń,
No i musimy trochę zagęścić w mieszkaniu - wchodzi dodatkowa osoba, potrzebne miejsce w szafie, w łazience, na półkach. Mama na razie traktuje rzecz jako tymczasową, ale z rok u nas pomieszka, może i dłużej. Bo upatrzyła sobie już mieszkanie, w bloku który powstanie obok naszego, a póki co spółdzielnia czeka na pozwolenie na budowę. Czyli rok, półtora, do dwóch. Zobaczymy, czy się nie pozabijamy.
Z tą sprawą wiąże się kolejna. Mama musi oddać mieszkanie wolne od lokatorów, a jakoś wszyscy zapomnieli, że Misiek jest tam zameldowany. A nie jest łatwo wymeldować faceta, bez jego obecności, i bez książeczki wojskowej. Są więc niezłe mecyje. Aktualnie czekamy na przesyłkę kurierską, którą Misiek wysłał wniosek o wymeldowanie bezpośrednio ze Szkocji do Urzędu Miasta. Takie buty.
Teraz z kolei ja jestem chora. Zapalenie gardła, zwolnienie do końca tygodnia.
Z powodu złego, bardzo złego samopoczucia, ścięłam się dzisiaj z szefem. Jak by Wam to wyjaśnić... Szef coś zrobił, dla ulepszenia mojej pracy i ogólnie pracy biura. Tylko chciał to wykonać zupełnie bez głowy, przez co wyszłoby utrudnienie, a nie ulepszenie. Coś w rodzaju: kupię nowe ksero, ale postawię je 4 m dalej. Ścięliśmy się bardzo, ja przesadziłam i on przesadził. Po 2 godzinach przyszedł i zadysponował, że ma być po mojemu. Po czym pogadaliśmy chwilę, i powiedział że od kiedy jestem, wprowadził wiele zmian, które wyszły ode mnie. To było bardzo miłe, w sumie.
Zdaję sobie sprawę, że kto nie zna całej sytuacji, nie bardzo wie o co w tym chodzi, ale Ci co wiedzą, to wiedzą. A jak ktoś potrzebuje wyjaśnień - jestem do dyspozycji.
sobota, 19 lutego 2011
Dziadek.
Dziadek kaszlał, kaszlał, leczył się antybiotykiem na zapalenie płuc, aż pewnego dnia złapały go duszności, przyjechało pogotowie i zawieźli dziadka do szpitala. Zrobili mu tam prześwietlenie i okazało się, że ma w płucu guza, dość dużego, nie wiem dokładnie ile.
Dziadek, rocznik 1930, jest pacjentem wysokiego ryzyka i już od lat nie chcą go operować.
Ogólnie mówiąc, pozostaje tylko czekać.
Oczywiście babcia też się z nerwów pochorowała, i jak to babcia - cały dzień słuchała morza w muszli klozetowej.
Dziadek, rocznik 1930, jest pacjentem wysokiego ryzyka i już od lat nie chcą go operować.
Ogólnie mówiąc, pozostaje tylko czekać.
Oczywiście babcia też się z nerwów pochorowała, i jak to babcia - cały dzień słuchała morza w muszli klozetowej.
Update lutowy.
Nowa praca, nowi ludzie, nowe miejsce. Pierwszy tydzień dość ciężki. Od odejścia z banku w czerwcu 2009 to moje piąte miejsce pracy. W pierwszej firmie, nazwijmy ją V, byłam sekretarką zastępczą, na umowę zlecenie. Trafiłam tam z polecenia, tzn właściciel firmy był klientem banku, i akurat się zwierzył koleżance Kasi, że poszukuje kogoś na parę miesięcy. Zgodziłam się. Za 1000 zł netto, 6 godzin dziennie, z czego jeszcze opłacałam prywatne przedszkole dla syna - około 800 zł. No, ale w ostatecznym rozrachunku zawsze to 200 do przodu... Jak wróciła stała sekretarka, to mi podziękowali. Szef co prawda był pod wrażeniem moich umiejętności, ale nie mógł mi zapłacić tyle, ile chciałam, czyli ile byłam warta.
Kolejna praca też była z polecenia. Poprosiłam kolegę z firmy leasingowej żeby coś pomógł, a on porozsyłał komu mógł. Zgłosiła się do mnie dziewczyna, która zakładała agencję bankową P, i potrzebowała kogoś z bankowym doświadczeniem do rozkręcenia placówki. Brałam udział w otwieraniu 2 oddziałów banku, więc mogłam jej służyć pomocą. Tak zostałam kierownikiem obsługi klienta w agencji w składzie: właścicielka, jeden pracownik i ja.
Po 3 miesiącach dostałam inną propozycję, praca z ludźmi których znałam z banku przez wiele lat, za nieco większą kasę. Jak tu się nie zgodzić. Pożegnałam się z jedną agencją, zaczęłam pracę w innej: nieruchomości. Tu znowu trzeba było organizować od nowa, od zera, wszystko nowe. Po 6 miesiącach stało się jasne, że w kolejnej trzyosobowej firmie (łącznie ze mną), asystentka nie jest potrzebna, a na pewno nie za taką pensję. Zaczęłam więc rozsyłać CV, zaprosili mnie na rozmowę do agencji pośrednictwa pracy. Pani opowiedziała, przepytała, i po kilku dniach dała znać, że firma T zaprasza mnie na rozmowę do siebie. Jak powiedziała gdzie i jaka firma, to już wiedziałam że mam pracę. Kolejny znajomy z banku. Bardzo miły znajomy, dobra firma, dobre kontakty, dobre przeczucie.
Po 2 tygodniach okazało się, że to praca moich marzeń. Po pół roku szef zapragnął mnie w swojej drugiej firmie, K. I tym sposobem znowu zmieniam pracę, nie ze swojej inicjatywy, wręcz wcale tego nie chciałam. Są jednak propozycje, których się nie odrzuca, bo to nie ma sensu. I co z tego, że postawiłabym się, skoro byłby kwas na linii ja-szef. A tak jest szansa, że dostanę medal dla Łosia Roku. Bo znowu zastępuję sekretarkę, tym razem ona w ciąży, wg przepisów wróci pewnie na jesieni. Jestem po prostu tak dobra i niesamowita w tym co robię, że muszę tam być. (Jakoś się trzeba pocieszyć.)
Od odejścia z banku R minęło półtora roku. Kawał życiorysu, jak się tak spojrzy wstecz, co nie?
Kolejna praca też była z polecenia. Poprosiłam kolegę z firmy leasingowej żeby coś pomógł, a on porozsyłał komu mógł. Zgłosiła się do mnie dziewczyna, która zakładała agencję bankową P, i potrzebowała kogoś z bankowym doświadczeniem do rozkręcenia placówki. Brałam udział w otwieraniu 2 oddziałów banku, więc mogłam jej służyć pomocą. Tak zostałam kierownikiem obsługi klienta w agencji w składzie: właścicielka, jeden pracownik i ja.
Po 3 miesiącach dostałam inną propozycję, praca z ludźmi których znałam z banku przez wiele lat, za nieco większą kasę. Jak tu się nie zgodzić. Pożegnałam się z jedną agencją, zaczęłam pracę w innej: nieruchomości. Tu znowu trzeba było organizować od nowa, od zera, wszystko nowe. Po 6 miesiącach stało się jasne, że w kolejnej trzyosobowej firmie (łącznie ze mną), asystentka nie jest potrzebna, a na pewno nie za taką pensję. Zaczęłam więc rozsyłać CV, zaprosili mnie na rozmowę do agencji pośrednictwa pracy. Pani opowiedziała, przepytała, i po kilku dniach dała znać, że firma T zaprasza mnie na rozmowę do siebie. Jak powiedziała gdzie i jaka firma, to już wiedziałam że mam pracę. Kolejny znajomy z banku. Bardzo miły znajomy, dobra firma, dobre kontakty, dobre przeczucie.
Po 2 tygodniach okazało się, że to praca moich marzeń. Po pół roku szef zapragnął mnie w swojej drugiej firmie, K. I tym sposobem znowu zmieniam pracę, nie ze swojej inicjatywy, wręcz wcale tego nie chciałam. Są jednak propozycje, których się nie odrzuca, bo to nie ma sensu. I co z tego, że postawiłabym się, skoro byłby kwas na linii ja-szef. A tak jest szansa, że dostanę medal dla Łosia Roku. Bo znowu zastępuję sekretarkę, tym razem ona w ciąży, wg przepisów wróci pewnie na jesieni. Jestem po prostu tak dobra i niesamowita w tym co robię, że muszę tam być. (Jakoś się trzeba pocieszyć.)
Od odejścia z banku R minęło półtora roku. Kawał życiorysu, jak się tak spojrzy wstecz, co nie?
wtorek, 18 stycznia 2011
Jasna choroba!
Mam katar. Od kilku dni. Zużywam dużo chusteczek, spożywam jakieś doraźne lekarstwa, nic wyszukanego - ot coś przeciwgorączkowego, jakieś krople do nosa. W końcu to nie jest mój pierwszy katar w życiu. Przez 36 lat trochę się ich nazbierało. Kilometry zasmarkanych chusteczek, megatony różnych lekarstw. Ale i tak wszyscy dookoła myślą, ze znają super-mega skuteczne antidotum na mój katar. Każda, dosłownie każda osoba, która się ze mną zetknęła w ciągu ostatnich 3 dni, służy mi swoją drogocenną radą. "Idź do lekarza", "weź zwolnienie", "bierz coś przeciwzapalnego", "rób sobie inhalacje", "śpij w skarpetkach", "nasmaruj się bobrzym sadłem" (!!!)
Nie jestem niepełnosprawna ani na ciele, ani na umyśle, ani nie jestem ubezwłasnowolniona. Nie jestem też mężczyzną. Umiem sama zdecydować, kiedy czas pójść do lekarza, jakie sobie kupić lekarstwa i kiedy je zażywać. Oglądam te same reklamy co inni, wiem, że jest Ibuprom zatoki i Gripex. Dajcie mi święty spokój. Każdy Polak jest lekarzem, bardzo prawdziwe porzekadło.
Nie jestem niepełnosprawna ani na ciele, ani na umyśle, ani nie jestem ubezwłasnowolniona. Nie jestem też mężczyzną. Umiem sama zdecydować, kiedy czas pójść do lekarza, jakie sobie kupić lekarstwa i kiedy je zażywać. Oglądam te same reklamy co inni, wiem, że jest Ibuprom zatoki i Gripex. Dajcie mi święty spokój. Każdy Polak jest lekarzem, bardzo prawdziwe porzekadło.
niedziela, 16 stycznia 2011
Codzienność
Nie lubię takich weekendów. Spędzonych w domu. Z poczuciem "co ze mnie za matka". Dziecko potrafi się zająć sobą, ale jednak nie powinno, nie? Z drugiej strony: codziennie w przedszkolu ma sporą porcję nauki, zabawy i zdrowego żywienia. W weekend może trochę od tego odpocząć, nie? Pooglądać z mamą bajki, pograć na komputerze, poukładać puzzle. Poskakać po łóżku. Narobić bałaganu. Jeść jogurty, monte i czekoladę ile wlezie. A w tym czasie mama się może odmóżdżyć przy gazecie, telewizorze lub poćwiczyć szare komórki przy krzyżówce. Oboje łazimy do południa w piżamach, które potem zamieniamy na dresy. Spędzamy czas.
Wczoraj przeszliśmy się trochę nad Odrę, pokarmić kaczki i łabędzie. Pogoda okazała się mniej życzliwa niż wyglądało przez okno. Ostro nas przewiało. Wieczór spędziliśmy z syropami i kroplami do nosa. Ale był to nasz pierwszy spacer od jesieni. I pewnie nieprędko będzie następny, poczekamy aż aura będzie bardziej sprzyjająca.
Ze znajomymi nie chce mi się umawiać. Żadna z koleżanek (ni kolegów) nie wychodzi z propozycją spotkania, a ja uznaję, że znajomości w których wyłącznie ja dbam o utrzymanie kontaktu, nie są warte mojej energii. Ludzie się chyba jakoś przyzwyczaili, że to ode mnie zwykle wychodzi inicjatywa spotkania czy imprezy, a zdarzają mi się okresy niechęci wobec takich biernych oczekiwań. Wiecie, fajnie jest zrobić imprezkę w domu, spotkać się z dawno nie widzianymi znajomymi, ale.
W czasach, kiedy nasi rodzicie imprezowali, a my byliśmy dziećmi, istniała zasada wzajemności: jeśli my Staszka zapraszamy na imieniny, to Staszek musowo zaprasza nas na swoje imieniny. Jeśli nie zaprosi, to my go więcej też nie zapraszamy. Prosta zasada pozwalająca wyselekcjonować tzw. dobrych znajomych. Dzisiaj ta reguła nie funkcjonuje, przynajmniej wśród moich znajomych. Rozumiem, różni ludzie mają różne warunki lokalowe, i nie każdy ma możliwość zaprosić 10 osób na domówkę. To niech zaprasza w ratach! Pierwsze nasze mieszkanie (35 m kwadratowych) opijaliśmy na kilkunastu parapetówkach przez rok. Jak się chce to można, nie?
Możliwe, że po prostu niektórzy nie lubią nas aż tak bardzo, żeby do siebie zapraszać. Możliwe, że nie lubią zapraszać gości do siebie. Może nie mają zmywarki, albo wystarczającej ilości naczyń. Może nie lubią dzieci, w tym naszego. Może mają drogie podłogi i nie chcą, żeby im ktoś zadeptał. Mój dziadek zwijał dywan zawsze jak przyjeżdżali goście. Ten drugi dziadek. Możliwe też, że potrafimy się obejść bez spotykania przez rok, dwa.
W tym miejscu gorąco pozdrawiam wszystkich tych, którzy nie czekają biernie.
Wczoraj przeszliśmy się trochę nad Odrę, pokarmić kaczki i łabędzie. Pogoda okazała się mniej życzliwa niż wyglądało przez okno. Ostro nas przewiało. Wieczór spędziliśmy z syropami i kroplami do nosa. Ale był to nasz pierwszy spacer od jesieni. I pewnie nieprędko będzie następny, poczekamy aż aura będzie bardziej sprzyjająca.
Ze znajomymi nie chce mi się umawiać. Żadna z koleżanek (ni kolegów) nie wychodzi z propozycją spotkania, a ja uznaję, że znajomości w których wyłącznie ja dbam o utrzymanie kontaktu, nie są warte mojej energii. Ludzie się chyba jakoś przyzwyczaili, że to ode mnie zwykle wychodzi inicjatywa spotkania czy imprezy, a zdarzają mi się okresy niechęci wobec takich biernych oczekiwań. Wiecie, fajnie jest zrobić imprezkę w domu, spotkać się z dawno nie widzianymi znajomymi, ale.
W czasach, kiedy nasi rodzicie imprezowali, a my byliśmy dziećmi, istniała zasada wzajemności: jeśli my Staszka zapraszamy na imieniny, to Staszek musowo zaprasza nas na swoje imieniny. Jeśli nie zaprosi, to my go więcej też nie zapraszamy. Prosta zasada pozwalająca wyselekcjonować tzw. dobrych znajomych. Dzisiaj ta reguła nie funkcjonuje, przynajmniej wśród moich znajomych. Rozumiem, różni ludzie mają różne warunki lokalowe, i nie każdy ma możliwość zaprosić 10 osób na domówkę. To niech zaprasza w ratach! Pierwsze nasze mieszkanie (35 m kwadratowych) opijaliśmy na kilkunastu parapetówkach przez rok. Jak się chce to można, nie?
Możliwe, że po prostu niektórzy nie lubią nas aż tak bardzo, żeby do siebie zapraszać. Możliwe, że nie lubią zapraszać gości do siebie. Może nie mają zmywarki, albo wystarczającej ilości naczyń. Może nie lubią dzieci, w tym naszego. Może mają drogie podłogi i nie chcą, żeby im ktoś zadeptał. Mój dziadek zwijał dywan zawsze jak przyjeżdżali goście. Ten drugi dziadek. Możliwe też, że potrafimy się obejść bez spotykania przez rok, dwa.
W tym miejscu gorąco pozdrawiam wszystkich tych, którzy nie czekają biernie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)