środa, 3 listopada 2010

I już po wizytacji.

No i mąż już w Szkocji ogląda spódniczki w kratkę. Zleciało, niczym długi weekend.
Jak wszedł do domu w zeszły piątek, to tylko się zapytałam, czy chce coś zrobić czy od razu idziemy do łóżka. Rozbierał się po drodze... No i w łóżku dopiero puściła moja tama emocji, opadł mur, który pieczołowicie, przez 3 miesiące budowałam. W końcu miałam te swoje silne, owłosione, męskie ramiona, w które mogłam się wtulić i zwyczajnie popłakać.
No ale na płakaniu, na szczęście, wieczór się nie skończył.
Od tej pory wszystkie poranki spędzaliśmy razem, no bo wieczory to już nie. Koledzy też chcieli Misia zobaczyć, taki lajf. W ostatecznym rozrachunku było super, dużo jeżdżenia i załatwiania, jedna fajna impreza domowa (Singstar rulez!), i 10 dni RAZEM. Auto odpaliło od pierwszej iskry. Wszyscy najbliżsi krewni odwiedzeni. Prezenty otrzymane. Zakupy porobione. Następna wizyta będzie szybciej i dłuższa.

2 komentarze:

  1. ehh znowu skasowało mój komentarz:P W szkocji spódniczki w kratkę noszą faceci, więc za dużo ładnych nóg to się tam Misiek nie poogląda ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tego co mówi, to i u kobiet nie za bardzo jest co oglądać... Chyba, że ktoś lubi pasztety i wieloryby.

    OdpowiedzUsuń