sobota, 16 października 2010

Zmiany, zmiany, zmiany.

Zauważyłam, że dziewczyny w moim otoczeniu pięknieją po przekroczeniu 30-tki. Skończyły już eksperymentować z makijażem, fryzurą i strojem - wybrały to, co dla nich najlepsze. Zwykle mają stabilną sytuację życiową - pracę, związek, rodzinę. Nie biegają już z rozwianym włosem w poszukiwaniu ideału - wiedzą, czego chcą od faceta, od pracy, od życia. Są świadome swoich atutów i potrafią je wykorzystywać. Często też decydują się na diametralną zmianę w sowim życiu, spełnienie marzeń, wyrwanie się z kieratu.

Ja przekroczyłam 30-tkę jakiś czas temu ;) Mam wzloty i depresje we wszystkich wyżej wymienionych kwestiach. Obecnie przechodzę fazę kobiecości: golę nogi, noszę szpilki, zakładam biżuterię. Patrząc wstecz widzę, że zmiany "faz" są silnie osadzone w otaczającej rzeczywistości - kiedy jest słabo, praca do d., problemy na innych polach - w szafie swetry, za szerokie dżinsy, same płaskie obcasy. Teraz jest mi w życiu dobrze, a potworna wręcz tęsknota za cielesną stroną związku potęguje we mnie napięcie na granicy wytrzymania. Czuję się jak wulkan tuż przed erupcją.
Stąd bardziej kobieca garderoba, więcej "kobiecych sztuczek", płaskie buty głęboko w szafie, sportowe bluzki też. Nawet na kawę z koleżanką wychodzę w pełnym rynsztunku: makijaż, fryzura, obcas. Znakomicie się to przekłada na moje samopoczucie, pewność siebie, zachowanie. Wszystko się zapętla: czuję się świetnie, wyglądam świetnie, czuję się świetnie.
Erupcja wulkanu już za tydzień. Potem, kto wie? może znów wskoczę w bezpłciowe, workowate ciuchy?
Lepiej je powyrzucam zawczasu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz