czwartek, 14 października 2010

Update.

Czyli po naszemu: aktualizacja.
Trochę się zaczynam martwić, bo w pracy jest super. A jak wiadomo, w przyrodzie musi być równowaga. Można by od biedy podciągnąć chorobę mamy, ale i tak strach jest. Takie podskórne uczucie, że coś się spieprzy.
Dzisiaj sobie pomyślałam, że - oglądając się na moje doświadczenia zawodowe - niełatwo jest być dobrym szefem. Znaczy: każdy może być szefem. Nawet niektórzy mogą się starać być dobrym szefem. Ale nie jest łatwo to osiągnąć. Trzeba umieć zbudować autorytet a jednocześnie pozostać lubianym. Bo być nielubianym to żadna sztuka, można to osiągnąć bez specjalnego wysiłku. Jak to zrobić? Nie da się zbudować autorytetu bez posiadania wiedzy lub bez wkładania ciężkiej pracy w budowanie firmy. Trzeba też pozostać człowiekiem i nie zamykać się na ludzkie sprawy w firmie. Trzeba też umieć i karać i nagradzać, zachowując równowagę. I, muszę to powiedzieć, dobry szef ma rzeczywisty nienormowany czas pracy. I tyle. Przerąbane inaczej mówiąc.

Dziecko. O,to temat na serial. Jak Tomek był mały, cieszyłam się, że nie grzebie mi po szafkach, nie włazi na meble, nie ściąga rzeczy ze stołu, nie tłucze, nie wysypuje i w ogóle - można go spuścić z oczu bez obaw, że zdemoluje mieszkanie. Teraz nadrobił z nawiązką, bo jest już większy i sam sobie przynosi stołek, włazi na niego i sięga, gdzie wzrok nie sięga. Bierze sobie garnki z szafki, ze szklanymi pokrywkami, a jakże. Z lodówki - wszystko z najwyższej półki, w szkle, proszę bardzo. Z taty szafy z narzędziami, wszystko co było dotąd bezpieczne na wysokich półkach, cóż, już nie jest. Jedyny plus - sam sobie wyciągnie ubranie z własnej szafki.

Dodatkowo Tomek stracił słuch. Albo drugi pomysł: zamienił się w swojego tatę. Objawy: można gadać i gadać i gadać. Potem mówię: zrozumiałeś mnie? to co ja powiedziałam? "Nie wiem". Aaaaaaa!
Albo "syndrom taty": ma coś pilnie zrobić, np. ubrać się, albo wyjść z domu, albo iść do toalety, ale po drodze musi koniecznie poukładać płyty na półce, albo namalować coś na kartce, albo powiesić równiutko swoje ubrania. Oczywiście jak proszę: powieś ubrania, to on akurat musi układać klocki. I tak w kółko. Codziennie od nowa, codziennie to samo. Codziennie walka, codziennie płacz. Bo ja wiem, że mam 30 minut na położenie go spać, ale on nie wie, dopóki nie stanie w wannie i nie poczuje nagle, że chce spać. Wtedy w płacz, że on nie chce się kąpać, tylko spać. A jak tylko wyjdzie z wanny, za 3 minuty płacze, że chce się kąpać. Aaaaaaa!
I tak nam upływa miło życie. Wczoraj i dzisiaj tak się bawił z Bartkiem, że aż zapomniał że jak się chce siku to trzeba iść do toalety.
Przynajmniej skończyły się poranne łzy w sprawie przedszkola. Teraz jest w miarę spokojnie. Oczywiście, od 6:00 do 7:00 powtarza 324 razy "ja nie ce do pseckola", ale jakoś daje się przetłumaczyć i obywa się bez płaczu za mamą. Bardzo mi pomógł kalendarz przyjazdu taty. Zrobiliśmy na karteczkach odliczanie, a dodatkowo Syn poprosił, żeby mu zaznaczyła "ksyzyki", kiedy nie idzie do przedszkola. Dzięki temu widzi, że jest rytm - po kilku dniach w przedszkolu są 2 krzyżyki.

No i za tydzień przyjeżdża tata! Już prezent dla Tomka kupiony: Singstar Queen. Ale będzie rock!

3 komentarze:

  1. No w końcu notka :) czekam na kolejną :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Raz w końcu udało mi się udokumentować przeczucie. "Takie podskórne uczucie, że coś się spieprzy." W grudniu szef zaproponował mi przeniesienie do ich drugiej firmy, do Wrocławia. I tyle, jeśli chodzi o świetny zespół. Pożegnania nadszedł czas. Plus jest taki, że zamiast godzinę, do pracy będę jeździć ok.20 minut.

    OdpowiedzUsuń