wtorek, 7 września 2010

Przerwa w dostawie energii.

No myślałby kto. To ja tu śpię na forsie ciężko przez męża zarobionej, a tu rachunki nie popłacone? I w dodatku jak się o tym dowiaduję? Post factum, czyli, brutalnie mówiąc, wchodzę po pracy do domu a tu ciemno. W skrzynce pocztowej Pan Monter zostawił mi notkę, że odłączono za zaległość, i telefon do kontaktu.


Opowiem jak to było dokładnie, bo nie życzę nikomu żeby przez to przeszedł.
Ten wspomniany telefon kontaktowy czynny do 16:30, więc nic już nie zdziałałam. Następnego dnia, w piątek, o 8:30 zadzwoniłam i mówię: przelew wysłany, co dalej? Pani na to: z potwierdzeniem przelewu proszę się udać do punktu obsługi klienta, do wyboru są 2 we Wrocławiu: przy ul.Trzebnickiej i przy ul.Powstańców Śląskich.
No, udać się, łatwo powiedzieć, jeszcze gdybym pracowała we Wrocławiu... A ja prawie w Środzie Śląskiej, ha! Nie ma szans. A jak trwoga to do... mamy. Mamo ratuj!
Czyli jeszcze raz, po kolei. Nie mam prądu. Mama nie ma komputera. Muszę wydrukowane potwierdzenie przelewu przekazać mamie, która musi je zawieźć do energetyki. I to jak najszybciej, żeby była szansa na przyłączenie w piątek. Nie ma siły, trzeba uruchomić kolejną deskę ratunku - Kasię z banku. Kasia zgodziła się wydrukować i przekazać mamie potwierdzenie przelewu, które jej wcześniej przesłałam e-mailem. Mama zrobiła więc rundę do energetyki przez bank. Kiedy dojechała w końcu na Powstańców Śląskich i odstała w kolejce, była godzina 11, w piątek, przed weekendem. Pani z obsługi klienta rozbrajająco oświadczyła, że nie ma już monterów dostępnych na piątek. Ha!

Zgadnijcie. Mamo ratuj!
Po pierwszym wieczorze, nocy i poranku bez prądu, bez bajeczek, bez muzyki Tomcia, bez światła w łazience, bez lampki do zapalenia przed spaniem... W piątek skorzystałam z uprzejmości mamy (no i trochę Mariusza, którego nie było), i przenieśliśmy się z Tomciem do niej. Zostaliśmy do niedzieli, żebym do pracy jechała od siebie - te wszystkie mecyje z ubraniem i makijażem. W poniedziałek Pan Monter miał być pomiędzy 11 a 16. I kto mnie znowu uratował? Mama! Bo oczywiście z odłączaniem Pan poradził sobie samodzielnie, ale przy przyłączaniu musi być ktoś z mieszkania. Bo może dojść do spięć. Ha!
Całe szczęście, że Pan był około 14:00. A wiecie na czym polega odłączenie? Pan wyciągnął korek główny. Zastanawiałyśmy się z mamą, czy sobie nie przyłączyć, ale doszłyśmy do wniosku, że nie wiemy czy Pan Monter nie spisał licznika przy odłączaniu, a potem jak się zmieni to każe znowu coś płacić, no i wymiękłyśmy. W sumie u mamy mieszkało się miło. Prawie nas nie było: w sobotę cały dzień spędziliśmy u Dziadków, w niedzielę ja i Tomcio pojechaliśmy na cały dzień do Dzianych.

Tak więc ostatni tydzień minął mi właściwie bez napięć ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz