poniedziałek, 20 września 2010

reszta Monachium

Żeby już nie wdawać się w szczegóły kilka słów o reszcie pobytu.
Hotel - nic ciekawego. Dostaliśmy pokoje dla palących, więc przesiąknięte dymem. Śniadania codziennie takie same, jajecznica wyglądała okropnie, mocno wysmażona, do tego można było zjeść jajko "na miękko" lub plastry bekonu mocno przysmażone, lub... pulpety z mięsa mielonego. Serio! na śniadanie! Brak majonezu do jajek. Duży wybór fajnych herbat, soki, woda, kawa. Jogurt i mleko, płatki, owoce. Dobre i różne pieczywo. Na zimno średnie wędliny, żółty ser, ser pleśniowy. Powiedzmy, że dało się zjeść, ale nie żeby jakoś szczególnie miło je wspominać.
Wieczorem obsługa w barze - to już znam tylko z opowiadań - słaba. Kelner przez pół godziny szukał cytryny do drinka, w końcu znalazł pomarańczę i myślał, że się uda, skończyło się na limonce.
Ekipa - super. Cały czas fajnie, miło, a że byłam jedyną kobietą i każdy po trochu był dla mnie miły, to nie mogę narzekać. W konkurencji dbania o mnie wygrali Włosi - żebym czasem nie miała za dużo zmywania pili ciągle z tych samych naczyń, tak samo jak i Kolega Kamil. Papa Włoch zabierał mnie na kawę i lunch, żebym nie chodziła sama. Litwin milczek, Kamil zapracowany, z Włochami można pogadać o wszystkim i w każdym języku. Imponujące. No i jeszcze posiadają jakby samorzutnie wiedzę o winach, kawach i dobrym jedzeniu. Pewnie o wszystkim innym też, chociaż nie wdawałam się w szczegóły :)
Po sąsiedzku mieliśmy stoisko polskie, ale nie zaprzyjaźniłam się. Tam była kobieta. Taka zimna blondyna w garniturze. A naprzeciwko mieli stoisko holenderskiej firmy, którzy przywieźli ze sobą morze Heinekena.
No, szczerze, bomba. Jeszcze jak Polacy podrzucili resztkę swoich koreczków z polską kiełbasą... Tak. Środa była fajna.
No to skoro nam tak dobrze poszła integracja, na drugi dzień zaprosiliśmy nowych kolegów na spacer po Monachium. Dla nas była to ostatnia możliwość, skoro w piątek wyjeżdżaliśmy. A jeden z nich był Niemcem o tyle miłym, że zaoferował się pokazać na niemiecką gościnność. Niewiele z tego wyszło, oprócz pysznej kolacji, którą zjedliśmy w składzie: szef, syn Włoch, Anglik, Kamil i ja. Potem trafiliśmy do miejsca, które nam polecił ten Niemiec. Hofbrauhaus, zwany dalej bierhale (bo prawdziwej nazwy ani nie umiem zapamiętać, ani wymówić), czyli pseudoniemiecki cyrk dla turystów. Jedyny duży stolik znaleźliśmy na wielkim patio, pod kasztanowcem, a było strasznie zimno. U mnie postępujący katar + zimne piwo? o nie. Siedziałam więc i się śmiałam, było dużo zabawy, internacjonalnie, tak jak lubię. U tzw. Holendrów było też 2 Polaków, ale, sorry, z Polakami to ja sobie mogę w Polsce rozmawiać, zwłaszcza że byli niegrzeczni i chcieli rozmawiać po polsku. Tak więc jednego wieczoru mogłam sobie porozmawiać i się pośmiać z Niemcami, Holendrami, Anglikiem, Włochem i Polakami. A kelner był jakimś Chińczykiem (wg szefa "Niemiec z kontenera w Hamburgu"). No i tak. Po wielu przygodach, o których nie mogę wspomnieć, bo - jak powiedział Holender - "what happens in Munich stays in Munich", w hotelu byliśmy w okolicach 3 nad ranem. Nie było takiej siły, która zmusiłaby mnie do pobudki o 7:00 rano. Koledzy dali mi pospać do 8:00, na targach byliśmy koło 9:30, a te holendry zakichane były tam już od 2 godzin. Trening czyni miszcza, nie?
Zaczęliśmy zbierać rzeczy koło 13-14, z targów wyszliśmy o 15:00 i przed północą byłam w domu. A potem, po tym kompletnie niedospanym tygodniu, Tomek obudził mnie o 7:30. Reality bites.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz