Tomcio dzisiaj został przedszkolakiem. Rano wstał ze mną, koło 6:05. Wyszliśmy z domu o 6:30, szybko się zebraliśmy. Na szczęście do przedszkola mamy, ja wiem? z 50 metrów? W linii prostej nawet bliżej, ale to bliższe wejście nie zawsze jest otwarte. Tomcio dostał szafkę z obrazkiem trzech marchewek, taki sam identyfikator przyczepiany do ubrania, no i w łazience przy ręczniku.
Pożegnanie było dość szybkie, na szczęście pani z przedszkola zna się na rzeczy i sprawnie przejęła Tomcia, zanim zdążył przykleić się do mnie na dobre. Jeszcze pomachaliśmy sobie przez okno i... tyle go widzieli.
Oczywiście akurat dzisiaj musiało być w pracy zebranie, przez co wyjechaliśmy o 16:30, więc nie ja odebrałam Tomka tylko Magda. Jak weszłam do domu, obaj z Bartkiem szaleli z pistoletami. Tomcio mnie wyściskał na powitanie, a na moje pytanie "jak było w przedszkolu?" odpowiedział "Faaajnie".
Raport uzyskałam dopiero po wyjściu Bartka. Nie płakał, tylko był smutny, tęsknił, pił kakao, jadł kanapkę z pomidorkiem i kluseczkami (pytałam kilka razy, no z kluseczkami, no!), zupę, która miała kolor jak w domu, kotlecika i sam kroił widelcem. Był siku - sam, i kupę - Pani pomagała. Maciuś miał pieluszkę i nie mówił (tzn. nie umiał mówić), a Rysiu tak krzyczał: E! E! Rano był z Bartkiem w jednej sali i po południu też.
Były auta i żołnierzyki, i Bartek znalazł taki granat fajowy, i Pani śpiewała ale nie było muzyki. Nie byli na dworze bo było zimno. Do picia był kubuś. Chyba niczego nie pominęłam?
Co za dzień!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz