W poniedziałek od rana miałam poszukać dla nas jakichś przyzwoitych noclegów. Przyzwoitych, czyli niezbyt drogich i blisko Westerna, skąd mieliśmy kogośtam zabierać autem.
Cóż po moim zapale do pracy, kiedy narzędzi brakło? Internet na stoisku mieliśmy dopiero po południu, więc poszukiwania spadły na zapracowaną i bez tego Martę. Marta szukała od rana i znalazła nam pokoje... w tym samym Best Westernie. To już szefa ostro wkurzyło, sami rozumiecie - wczoraj nie było a dzisiaj nagle są!
Dzień upłynął nam na przygotowywaniu stoiska - podłączyliśmy expres do kawy, rozpakowaliśmy naczynia, porozkładaliśmy foldery. Powoli opanowaliśmy sytuację.
Nie wiem która to była godzina, kiedy dostałam zadanie: odebrać Włochów z wejścia dla zwiedzających. Nie mogli wejść, bo my mieliśmy dla nich wejściówki (nikt nie pomyślał, żeby im wcześniej wysłać, chociażby z innymi dokumentami). Oczywiście nie dogadaliśmy się co do tego, które to wejście, i musiałam przejść 2 miliony hektarów aż ich znalazłam. Papa Włoch wkurw... na maksa, syn bez specjalnych emocji. Wróciliśmy przez wszystkie hale do naszego stoiska, Papa puszczał parę uszami, więc gdy zaprosił mnie na kawę, bałam się odmówić :) Nie, żartuję, w końcu nie na mnie się złościł, tylko na szefa. Przy kawie (6,60 euro za 2 kawy) wypytał mnie o moją historię i stan posiadania. Trochę mu spadło ciśnienie. Denerwowałam się przed spotkaniem z Papą, w końcu to szef szefa, capo di tutti cappi. Nie było powodu, bo złapaliśmy wspólny język bardzo szybko, zwłaszcza gdy się wydało, że trochę mówię po francusku.
Znajomość języków obcych u Papy imponująca - włoski, angielski, francuski, hiszpański... Jego syn jeszcze opanował niemiecki. Słowem się przy nich strach odezwać, bo nigdy nie wiadomo czy przypadkiem nie zrozumieją.
Towarzyszył nam też kolega z Litwy, z którym porozumiewaliśmy się po angielsku. Not much for a talker, no, chyba że po kilku piwach - zaczynał się wtedy rozkręcać.
Jedzenie na terenie targów - poracha. Drugiego dnia trudny wybór między parówką z bułką a mortadelą z kartofelsalad zmusił mnie do wypróbowania niemieckiej wersji spaghetti. Włoch dzielnie mi towarzyszył przy tym posiłku i powstrzymał się od krytyki. Danie ani nie wyglądało ani nie smakowało dobrze. Porządnie zjedliśmy dopiero w środę wieczorem - w hotelu, gdzie mieszkał Litwin, czyli Olymp sieci Golden Tulip. Co za wspaniała kolacja! I obsługa w całości znała angielski, nie to co w naszym hotelu.
Ale w poniedziałek czekało nas jeszcze spotkanie z recepcją w hotelu Best Western w Neufarn. Pani była inna, a tej która nas odprawiła z kwitkiem w niedzielną noc, nie zobaczyliśmy już więcej. Szef zastosował metody socjotechniczne i... śniadania były gratis. W końcu mogliśmy rozpakować bagaże, ja wszystko przeprasowałam swoim żelazkiem turystycznym, i było gites. Z powodu nieustających kłopotów przemianowaliśmy nasz hotel na Worst Western, i znalazł się na liście NIGDY obok hoteli Etap.
Po rozpakowaniu bagaży wybraliśmy się na wielce rozczarowującą kolację do hotelowej restauracji. Jedyne, co mieli smacznego, to piwo. Kelner nie mówił po angielsku, ale rozumiał prawie wszystko, my z kolei staraliśmy się zrozumieć jego angielski. Kupa śmiechu normalnie. Z godzinę czekaliśmy od posadzenia tyłków przy stoliku do podania dań. Wybór był prawie tak samo bogaty, jak w targowych barach. Efekt był taki, że zamiast położyć się spać wcześniej, po przygodach poprzedniego dnia, osobiście ległam w okolicach północy, zostawiwszy kolegów nad kolejnymi piwami.
Jak się później okazało, nie dane nam było skorzystać ze snu dłużej, wręcz każda noc była krótsza. Ale o tem potem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz